wtorek, 11 września 2018

Rozmowa z Bartoszem Gelnerem

Bartosz Gelner jest pochodzącym z Katowic aktorem, znanym przede wszystkim z ról Aleksandra w „Sali samobójców” i Michała w „Płynących wieżowcach”. Grał też między innymi w serialu „Barwy szczęścia” i komedii romantycznej „Kobieta sukcesu”, a od 2014 należy do zespołu warszawskiego Teatru Nowego. Jest absolwentem Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie, którą ukończył w 2012. W wywiadzie Bartosz opowiada o początkach swojej przygody z aktorstwem, aktorskich wyzwaniach, podróżach i fascynacji sztuką współczesną.

(Foto: Anna Powałowska)

Z tego co wiem dość długo dojrzewała w Tobie myśl o tym, żeby zostać aktorem. Jak zatem wyglądała Twoja droga do tego zawodu?

Idąc do liceum ogólnokształcącego, nie myślałem o aktorstwie, bardziej o stosunkach międzynarodowych lub prawie. Wiedziałem, że na pewno będę zdawał na maturze wiedzę o społeczeństwie i historię. W liceum zostałem przewodniczącym samorządu szkolnego i zaangażowałem się do kabaretu prowadzonego przez naszego matematyka. Wygłupialiśmy się, zawieraliśmy nowe znajomości i występowaliśmy dla szerszej publiczności na szkolnej auli, ale nie wiązałem tego z aktorską przyszłością. Potem zostałem zaproszony do Radia Katowice, aby prezentować swoją ulubioną muzykę i wyrażać swoje zdanie. Byłem totalnie zafascynowany Polskim Radiem, Markiem Niedźwieckim i Piotrem Kaczkowskim.

W drugiej klasie liceum stwierdziłem, że może warto spróbować zdawać do Szkoły Teatralnej. Pojechałem z koleżanką do krakowskiego PWST i trochę jak debil zapytałem się jednego ze studentów: „Przepraszam bardzo, co trzeba zrobić, żeby się tutaj dostać?”, a on spojrzał na mnie jak na matoła. Wszedłem więc na stronę internetową uczelni, aby dowiedzieć się, co trzeba tam przygotować. Rodzice załatwili mi spotkanie z wybitną aktorką, panią Małgosią Zajączkowską. Mocno zestresowany przyjechałem do Warszawy na taką „prywatną audiencję”, żeby zaprezentować jej teksty, których się nauczyłem, głównie Juliusza Słowackiego. Potem pani Zajączkowska zadzwoniła do innej aktorki, pani Doroty Pomykały, prowadzącej studium przygotowawcze do szkół teatralnych Art Play w Katowicach. Studium było weekendowe, więc w tygodniu chodziłem do liceum, a w weekend miałem zajęcia przygotowawcze. Uczyłem się tam trzy miesiące, po czym przystąpiłem do egzaminu do szkoły teatralnej, ale dostałem się dopiero za drugim razem.

Nie miałem jednego konkretnego momentu, w którym stwierdziłem, że chcę być aktorem. Nie byłem tego pewien nawet już idąc do szkoły aktorskiej. Dopiero na studiach spotkałem ludzi, którzy mnie totalnie zainspirowali. Stopniowo otwierałem się na sztukę i czerpałem z niej inspirację. Nigdy nie próbuję opisywać tego procesu, bo mam wrażenie, że on jest cały czas otwarty.

Już na II roku studiów trafiłeś do obsady filmu „Sala samobójców”, który odniósł ogromny komercyjny sukces. Jak wyglądało Twoje pierwsze zetknięcie się z popularnością?

Jeszcze na pierwszym roku studiów zagrałem w serialu „Przystań”, który też spowodował jakąś popularność. W trochę wypracowany przeze mnie, ale też naturalny sposób ta fala popularności nigdy nie była jak tsunami, która zaszła mnie znienacka i której nie udźwignąłem. Nie mógłbym więc wyśpiewać jak niektórzy nasi raperzy, że „fejm mnie przerasta”. Wybierając zawód aktora, nie można wykluczyć popularności i rozpoznawalności na ulicach. Podchodzę do tego rozsądnie i nigdy mnie to nie przygniotło ani nie odbiła mi tzw. palma. Cały czas się tej popularności przyglądam, zresztą zawsze jest to bardzo przyjemne, gdy ktoś rozpoznaje cię na ulicy albo przybija z tobą piątkę.

Gorzej kiedy ktoś zaczepia na ulicy, gdy masz akurat gorszy dzień…

Wtedy trzeba włączyć w sobie ten bezpiecznik, że ta druga osoba niekoniecznie musi wiedzieć, że jesteś zdenerwowany. Zawsze spotykam się ze zrozumieniem, jeżeli mówię, że bardzo przepraszam, ale to nie jest czas i miejsce na ewentualne selfie, krótką rozmowę czy autograf.

(Foto: Anna Powałowska)

Po filmie „Sala samobójców”, gdzie wraz z Jakubem Gierszałem zagraliście scenę homoseksualnego pocałunku, zagrałeś rolę geja w „Płynących wieżowcach”. Nie obawiałeś się tego, że drugi raz z rzędu jesteś zaangażowany w film z wątkiem gejowskim? Nadal ten temat budzi w Polsce kontrowersje.

Moja rola w „Sali samobójców” nie była w żaden sposób rolą homoseksualną. Pocałunek miał tam charakter wyśmiewczy, żeby mieć haka na tę drugą, niepewną swojej seksualności osobę. Miało tu miejsce szykanowanie kolegi-homoseksualisty Dominika, który próbuje odnaleźć swoją tożsamość. Spodobał mi się scenariusz Janka Komasy, byłem nim mega zajarany i bez problemu go wziąłem, a później scenariusz „Płynących wieżowców” i wrażliwość Tomka Wasilewskiego spowodowała, że przyjąłem i tę rolę. Nie mam z tym problemu. Wydaje mi się, że takie postaci są najciekawsze i najbardziej odkrywcze. W Nowym Teatrze, w którym gram, kontrowersyjne tematy takie jak homoseksualizm, postpamięć czy Holokaust są bardzo mocno maglowane i jestem tego częścią.

W dużym uproszczeniu: jesteś specjalistą od trudnych tematów.

W dużym uproszczeniu tak (śmiech). Rzeczywiście nie boję się ich i uważam, że trzeba na te tematy rozmawiać. Dyskusja na temat homoseksualizmu po premierze „Płynących wieżowców” była słuszna i potrzebna. W tym kraju na te tematy się po prostu nie rozmawia, a ja uważam, że to żaden problem. Widziałem mnóstwo filmów o tematyce homoseksualnej z różnych zakątków świata, chociażby duński film „Braterstwo”, poruszający wątek homoseksualny w grupach neonazistowskich - jeszcze bardziej dolewający oliwy do ognia. W „Płynących wieżowcach” został po prostu przedstawiony trójkąt miłosny i odkrywanie swojej seksualności.

Polacy nadal często odnoszą się do homoseksualistów z niechęcią, a temat homoseksualizmu budzi w naszym kraju wiele skrajnych emocji. Czy po premierze filmu spotkały Cię jakieś nieprzyjemności?

Jeśli chodzi o sam film, nie. Spotkałem się tylko i wyłącznie z pozytywnymi komentarzami na jego temat, ale niezależnie od zagranych ról miałem kilka sytuacji, że pewnym osobom się nie spodobałem i miały wątpliwości co do mojego ubioru lub zachowania. Uważam, że jedyną różnicą między prawdziwą męską przyjaźnią a homoseksualną miłością jest to, że w tej pierwszej nie dochodzi do stosunku płciowego. Cała reszta wygląda identycznie - bliskość i dzielenie się przeżyciami. Nawet w najbardziej dresiarskich środowiskach, jak kumple wypiją po 0,7 na łeb, to każdy się przytula do każdego i żegna po trzy minuty. Gdybyś ich tak nagrał i im to pokazał następnego dnia, to też mogliby mieć wrażenie, że jest to trochę „pedalskie”. Na szczęście podejście do tematu się zmienia, co widzę choćby po Warszawie, w której mieszkam, czy na Śląsku, do którego wracam. Ta otwartość jest już dużo większa i mam nadzieję, że agresja na tle czyjejś seksualności spada i będzie spadać.

Za rolę w „Płynących wieżowcach” otrzymałeś Nagrodę im. Piotra Łazarkiewicza dla Młodego Talentu na Festiwalu Filmów Polskich w Los Angeles, o filmie było za granicą naprawdę głośno. Zdarzyło Ci się dostać propozycję roli w zagranicznym filmie?

Wiesz co, nie. Nie miałem jeszcze okazji zagrać w produkcji zagranicznej, ale bardzo dużo podróżujemy z teatrem i oglądają nas przeróżne osoby, więc ta sytuacja jest bardzo otwarta i trochę sobie życzę, że to się w przyszłości wydarzy. Jestem żywo zainteresowany rynkiem kina europejskiego i myślę, że tak samo graniem w nim.

A przyjąłbyś trzeci raz rolę z wątkiem homoseksualnym?

Na pewno musiałbym przeczytać scenariusz i się zastanowić, ale jeżeli byłby dobry, a rola interesująca, to nie boję się zaszufladkowania w tym temacie. Nie zgodziłem się na rolę w „Płynących wieżowcach” ze względów politycznych czy społecznych. Po prostu spodobał mi się scenariusz. Zresztą grałem z moim dobrym przyjacielem Mateuszem Banasiukiem, do którego mam pełne zaufanie. Teraz jak wiemy Mateusz jest szczęśliwym ojcem Henryka, nic mu się po tym filmie nie przestawiło i nikt się w nikim nie zakochał (śmiech). Dalej się kumplujemy i mieliśmy bardzo czystą relację, jeśli chodzi o kręcenie wspólnych scen - było to po prostu czyste aktorstwo.

Zgodziłbyś się ze stwierdzeniem, że rolę homoseksualisty może dobrze zagrać tylko osoba, która sama jest pewna swojej seksualności?

Oczywiście może tak być, chociaż na dwoje babka wróżyła. Może u kryptohomoseksualisty proces przygotowania do roli stałby się pewną wewnętrzną podróżą i pomocą w otworzeniu się.


Trzy lata grałeś w serialu „Barwy szczęścia”, ostatnio zagrałeś w filmie „Kobieta sukcesu”, więc miałeś okazję pokazać się też z nieco innej aktorskiej strony.

Wystąpiłem też w filmie Magdy Łazarkiewicz „Powrót”, który nakręciliśmy i będzie miał premierę w niedalekiej przyszłości. W zeszłym roku zacząłem też pracę na planie „Legionów” i teraz będziemy kontynuować zdjęcia. Jest to tzw. rola męska na koniu. Jestem otwarty na propozycje i bardzo ciekawy wszystkiego. Tak było z komedią romantyczną „Kobieta sukcesu”. Byłem ciekawy, jak to jest zagrać „amanta” - czy to jest fajne, czy nie.

W „Barwach szczęścia” też wcielałeś się w takiego trochę amanta z problemami.

To były czasy mojego wyprowadzania się z Krakowa i przeprowadzki do Warszawy - bardzo dużej niepewności, braku etatu w teatrze i małego doświadczenia. „Barwy szczęścia” wspominam jednak bardzo dobrze - była to super ekipa i świetna przygoda na jakiś czas, ale wszystko ma swoją datę ważności. Potem występowałem w drugim sezonie serialu Janka Komasy „Krew z krwi”, a ostatnio kręciliśmy dla AXN „Ultraviolet” z Martą Nieradkiewicz w roli głównej. „Sala samobójców” i „Płynące wieżowce” są więc już dla mnie dość głęboką przeszłością. Mam też możliwość robienia wielu pięknych rzeczy w teatrze. Współpracuję z Krzyśkiem Warlikowskim, Krzyśkiem Garbaczewskim, Michałem Borczuchem i Anią Karasińską. Od ostatnich kilku lat te sezony są dla mnie bardzo pełne. Jestem w stanie zrobić komedię romantyczną we wrześniu i od października do czerwca oddać trzy bardzo udane premiery teatralne, zbierające bardzo fajne recenzje, i jeszcze w międzyczasie zagrać w jakimś serialu lub mieć kilka dni zdjęciowych do filmu. To się wszystko bardzo pięknie zgadza i łączy. Nie chciałbym zostać tylko i wyłącznie aktorem teatralnym czy tylko i wyłącznie filmowym.

Od czterech lat występujesz na deskach Nowego Teatru, grałeś m.in. w spektaklach „Francuzi” i „Kabaret Warszawski”. Co najbardziej fascynuje Cię w teatrze?

Do Teatru Nowego zaproponowała mnie Magda Cielecka, która zobaczyła mnie w pierwszej wersji „Płynących wieżowców”, wyświetlanej jeszcze w domu Tomka Wasilewskiego. W samym teatrze fascynuje mnie po prostu zespół. Od czterech lat mam możliwość obserwowania ludzi kochających sztukę, którzy są w tym zawodzie dużo dłużej niż ja, a mimo to nie zatrzymują się i cały czas przekraczają samych siebie. Patrzę na to z ogromnym szacunkiem i wielką przyjemnością. Trochę czasu zajęło mi, żeby znaleźć swoje miejsce w zespole i zaistnieć w nim jako pełnoprawny członek.

Akurat trafiłem na moment wielkiego rozkwitu Nowego Teatru, bo otworzyła się nowa siedziba i zaczęli tu robić spektakle inni reżyserzy niż Krzysztof Warlikowski. Zadomowiłem się tutaj, a że mieszkam niedaleko na Mokotowie, to do pracy chodzę na piechotę. Lubię tu przebywać i zostawać po spektaklach. Bardzo podobają mi się takie postindustrialne hale wzorowane na Tate Modern. Ostatnio mieliśmy okazję grać w bardzo podobnym miejscu w Atenach. Teraz jest tendencja do wychodzenia z typowej sceny w kierunku open space’ów, w których zupełnie inaczej pracuje wyobraźnia. Możesz poprzestawiać publiczność i zmienić perspektywę - możesz tu zrobić wszystko.

(Foto: Anna Powałowska)

Na Instagramie chwaliłeś się wakacyjnymi zdjęciami z Grecji, ale z tego co mówisz jednak byłeś tam zawodowo.

Połączyłem przyjemne z pożytecznym, bo faktycznie graliśmy tam najnowszy spektakl zrealizowany z Krzyśkiem Warlikowskim „Wyjeżdżamy” na festiwalu w Atenach, ale już będąc na miejscu, postanowiłem zostać chwilę dłużej i śmignąłem sobie na jedną z greckich wysp.

Lubisz podróżować?

Przyznam szczerze, że jestem strasznie słabym podróżnikiem. Jeśli chodzi o organizację wyprawy na własną rękę, to leżę. Słabo ogarniam bilety i załatwianie hotelu czy mieszkania na Airbnb. Wyjazdy z naszego teatru mają jednak to do siebie, że jedziemy dużą paczką i można się trochę „dokleić” do osób, które potrafią na tyle ogarnąć miasto, żeby wybrać się np. do Muzeum Sztuki Współczesnej. Bardzo fajne w podróżach zawodowych jest granie przed zupełnie inną publicznością niż polska. Odbiór różni się diametralnie. To trochę taki mechanizm jak w filmie „Inland Empire” Davida Lyncha. Został on nakręcony w Łodzi, a język polski funkcjonował w nim na zasadzie niezrozumiałego języka w tle, którym porozumiewiają się ludzie nie wiadomo skąd. Przy oglądaniu spektaklu w języku, którego się nie zna, zmienia się percepcja, ponieważ musisz patrzeć, co się dzieje na scenie i jednocześnie czytać napisy. Aktorzy również muszą mieć to na uwadze. Masz świadomość tego, że praktycznie nikt z publiczności cię nie zna i jesteś wyjęty z kontekstu swojego zostawionego w Polsce artystycznego dorobku. To jest w tym wszystkim najfajniejsze.

Nikt nie przychodzi z myślą, że zobaczy na scenie Bartka Gelnera.

Dokładnie. Po prostu przyjeżdża Krzysztof Warlikowski ze swoim zespołem i widzowie oglądają to w czysty sposób. To jest ekstra, bo można sobie parę rzeczy po prostu popróbować, coś sprawdzić i przekroczyć samego siebie. Nie ma tego wstydu, który od czasu do czasu powoduje polska premierowa publiczność.

Ostatnio miałeś swego rodzaju przygodę z modelingiem, bo pozowałeś do artystycznych sesji dla magazynów „K-MAG” i „L’Officiel Hommes”. Nie miałeś nigdy propozycji, aby poważniej zająć się modelingiem?

Nie. Chyba nie sprawdziłbym się na wybiegu czy w roli pozującego. Nie jestem w tym najlepszy. Sesje fotograficzne toleruje, ale nie jestem jakimś wielkim fanem.

Nie sprawia Ci to tak wielkiej przyjemności jak aktorstwo?

Chyba tak, ale z drugiej strony jeżeli trafia się na super fotografa i fajną ekipę, to samo wychodzi. Ostatnio troszkę się tych magazynów napiętrzyło. To jest identycznie jak z popularnością. Sesja? Nie ma problemu, proszę bardzo, byle nie te ze studiów (śmiech).

Między aktorstwem a modelingiem jest jednak wiele podobieństw - fotogeniczność, praca nad ciałem czy wcielanie się w role.

Jak najbardziej. Role są co prawda mniej dramatyczne, ale zarazem wyobraźnia działa i masz wachlarz możliwości robienia różnych rzeczy. W przypadku „K-MAG” i „L’Officiel Hommes” zgodziłem się na te sesje przede wszystkim z powodu bardzo wybitnych fotografów - w „K-MAG-u” była to Magda Łuniewska, którą bardzo sobie cenię, a w „L’Officiel” Karol Radziszewski, który jest chyba jednym z moich ulubionych artystów wizualnych. Moje zdjęcia jego autorstwa trafią również do jednego z jego projektów artystycznych. Jestem wielkim fanem sztuki współczesnej, więc kontakt z Karolem Radziszewskim był dla mnie czystą przyjemnością. Mogłem zobaczyć w jego pracowni obrazy, które jeszcze nie ujrzały światła dziennego.

(Foto: Anna Powałowska)

Wspomniałeś o zainteresowaniu sztuką współczesną. Jacy artyści najbardziej Cię inspirują?

To się cały czas zmienia. Kiedyś byłem bardziej radykalny, jeżeli chodzi o muzykę i sztukę. Wydawało mi się, że zostanę tylko i wyłącznie przy sztuce współczesnej. Z fotografów byłem zafascynowany Davidem LaChapellem - bardzo podobał mi się przepych jego dzieł. Ze sztuki współczesnej byłem wielkim fanem Pieta Mondriana, bo wydawało mi się, że liczą się tylko i wyłącznie prostota i kwadraty. Potem zafascynowałem się Jacksonem Pollockiem, bo podobało mi się chlapanie na dużych przestrzeniach i chciałem robić to samo. To była bardzo łapczywa fascynacja, ale tylko zapoznawcza - nie znałem tego, co było dalej. Bardzo lubię też twórczość Alexandra McQueena i chętnie obejrzę dokument na jego temat, żeby ją sobie podsumować.

Cieszy mnie to, że chociażby idąc do Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, widzę nagle prace swoich kolegów: Ani Karasińskiej, Marty Ziółek, Janka Simona, Karola Radziewskiego i Oli Wasilkowskiej, która robi nam scenografię do spektakli Krzyśka Garbaczewskiego. Oni przychodzą na twoje spektakle, a ty do muzeum na ich prace. To niesamowicie radosne, że zaczynamy na siebie chodzić.

A jeśli chodzi o muzykę? Czego lubisz słuchać?

Im dalej w las, tym coraz bardziej siedzę w muzyce poważnej. Ostatnimi czasy jestem bardzo otwarty na operę. Ostatnio byłem na premierze „From the House of the Dead” Krzyśka Warlikowskiego w Londynie z muzyką Janaczka na podstawie opowiadań Dostojewskiego. Bardzo mnie to zainteresowało, ale jak sobie czasem coś młodzieńczo włączę, to bardzo chętnie nagle wskakuje dwójka chłopaków z Bass Astral x Igo, chłopaki z Małych Miast czy Mateusz Holak.

Niedługo zobaczymy Cię w kilku nowych produkcjach filmowych. Jakie są Twoje plany na najbliższy czas?

Muszę dokończyć „Legiony”, mam też jeszcze przed sobą dwa projekty. Jest taka zasada, że zanim nie wejdziesz na plan, to nie ma co pieprzyć, że coś się robi, bo jeżeli to nie wyjdzie, to potem człowiek jest bardziej zawiedziony. Można powiedzieć, że mam co robić. Oprócz tego od września wracamy z repertuarem Nowego Teatru, więc swoje wakacje już zakończyłem.

(Foto: Zofia Zborowska)

Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej na temat Bartosza Gelnera i jego działalności, zajrzyjcie na jego oficjalną stronę:
https://www.facebook.com/Bartosz-Gelner-200302469993767/
https://www.instagram.com/gelner_bartek/

wtorek, 4 września 2018

Rozmowa z Konradem Pondo

Konrad Pondo jest pochodzącym z Dębicy aktorem, modelem i konferansjerem, znanym przede wszystkim z roli Tomasza Dudziaka w serialu „Szkoła”. Ponadto jest właścicielem firmy eventowej BrosArt, na swoim kanale na Youtubie Konrad Pondo TV zaraża widzów pasją do sportu oraz angażuje się w rozmaite akcje charytatywne. Na co dzień mieszka w Krakowie, gdzie ukończył Akademię Wychowania Fizycznego im. Bronisława Czecha. W wywiadzie Konrad opowiada między innymi o początkach swojej przygody z aktorstwem, pracy na planie „Szkoły”, prowadzeniu imprez bezalkoholowych, miłości do sportu i pracy w modelingu.


Swoją przygodę z aktorstwem zacząłeś od grupy wokalno-teatralnej Feniks w rodzinnej Dębicy. Jak wspominasz te swoje artystyczne początki?

Tam właściwie wszystko się zaczęło, a tak naprawdę jeszcze wcześniej od tańca towarzyskiego. Kiedy tańczyłem na jednym z pokazów, zauważyła mnie pani Elżbieta Kęsik, która pracowała w szkole jako wuefistka. Potem dołączyło do nas jeszcze kilka osób i padł pomysł, żeby stworzyć grupę wokalno-teatralną. Z tej grupy teatralnej zrodził się zaś kabaret. Mieliśmy fajną paczkę chłopaków, z którymi na co dzień spędzaliśmy czas. Minimum trzy razy w tygodniu widzieliśmy się na treningach tańca i w szkole. Mając abstrakcyjne poczucie humoru, często rozwalaliśmy próby teatralne, więc w końcu stwierdziliśmy, że może warto zrobić jakiś skecz. Na jednej ze szkolnych akademii wystawiliśmy skecz Kabaretu Potem „Śnieżka”. Trochę go przerobiliśmy, ale wyszedł tak fajnie, że postanowiliśmy pójść za ciosem i zrobić coś więcej. Tak zacząłem pisać kolejne skecze, które bardzo się podobały.

W końcu postanowiliśmy wystawić większe przedstawienie, więc poszedłem do domu kultury i powiedziałem pani dyrektor, że chcielibyśmy zaprezentować swój program kabaretowy. Powiedziała, że może dać nam za darmo salę we wtorek o 11. Kto przyjdzie o tej porze na kabaret? Wykorzystaliśmy jednak kontakty i w końcu zgodziła się na lepszą porę pod warunkiem, że zapełnimy przynajmniej połowę sali. Skończyło się na tym, że ludzie siedzieli na schodach, bo w sali się nie zmieścili. To był mały dom kultury, a w ostatnich latach działalności na nasze pożegnalne spektakle przychodziło już prawie tysiąc osób.

Pisałeś nawet na potrzeby kabaretu teksty piosenek, które sam wykonywałeś. 

Jestem samoukiem. Większość rzeczy, których się uczyłem (np. w sporcie), uczyłem się sam. Napisałem tekst do piosenki, ale potem pomyślałem, że ktoś to musi zagrać. Żaden z chłopaków się tego nie podjął, więc wziąłem gitarę z piwnicy, nauczyłem się chwytów z internetu i zagrałem. Nie był to szczyt gitarowych umiejętności i już na niej nie gram, ale podstawy znam.

A umiejętności wokalne?

Nie będę udawać, że jest idealnie. Nie śpiewam. Chciałbym śpiewać dobrze, ale jednak mój słuch muzyczny pozostawia jeszcze wiele do życzenia.

Zagrałeś epizody w serialach „W-11” i „Detektywi”, a od czterech lat wcielasz się w wuefistę Tomasza Dudziaka w serialu „Szkoła”. Co najbardziej podoba Ci się w granej przez Ciebie postaci?

Tomasz Dudziak to jestem taki ja. Też jestem po AWF-ie i przez chwilę uczyłem w szkole w ramach praktyk. Poza tym pracowałem w szkołach jako instruktor tańca. Teksty często są pisane pode mnie, więc są z jajem, czasem też sam coś dorzucę. Wolałbym jednak jakieś wyzwanie, w którym musiałbym zagrać nie siebie, tylko kogoś innego. Jakąś złą postać albo totalnie zwariowaną. To takie moje małe marzenie.

Na planie zdjęciowym pracujesz przede wszystkim z młodzieżą. Czy miałeś okazję nauczyć się czegoś od nastolatków?

Slangu młodzieżowego (śmiech). Przychodzimy tam i wszyscy skupiają się na pracy. Przynajmniej ci, którzy są już któryś raz na planie, bo „świeżaków” trzeba trochę temperować. Załamuje mnie natomiast poziom usportowienia młodzieży - jest totalnie zerowy. Apeluję do wuefistów i rodziców, żeby trochę nad tym popracować.

W „Szkole” często pokazywane są różne dziwne pomysły, na które wpadają dzieciaki. A jakie są Twoje szkolne doświadczenia?

Jeśli o to chodzi, jestem nudny. Byłem dobrym uczniem i kończyłem wszystkie szkoły z paskiem. Reprezentowałem też szkołę na wszystkich polach sportowych. Czy sporty drużynowe czy lekkoatletyka, we wszystkim byłem dobry i zawsze szedłem na zawody. Poza tym byłem aktywny w grupie teatralnej i kabarecie. Nie miałem za bardzo możliwości robienia szalonych rzeczy, bo moja mama jest nauczycielką. Szkoła mojej mamy i moja były po sąsiedzku, więc nie mogłem sobie pozwolić na żaden „przypał” - mama dostawała informacje na bieżąco. Zbyt duże ryzyko, by psuć sobie tydzień i dostać szlaban na grę w piłkę (śmiech).

Kończą się wakacje i „Szkoła” wraca z nowym sezonem. Co dalej czeka bohaterów serialu?

Cały czas bazujemy na największych problemach nastolatków. Jedni mówią, że dzieci nie powinny oglądać serialu, bo inspiruje do dziwnych rzeczy, ale trzeba zachować zdrowy rozsądek. Wszystko zależy od wartości, które wynosisz z domu. Niektóre pomysły są oczywiście totalnie absurdalne. Gdyby zebrać to wszystko do kupy, to masz mieszankę totalnej patologii. Ciąże, aborcje, narkotyki… Pamiętajmy jednak o tym, że to jest tylko serial. Wymyślają to ludzie, którzy mają w 45 minutach zmieścić dwie hardkorowe historie, które są takie po to, żeby widz to obejrzał, a i tak każdy odcinek kończy się happy endem.


Doświadczenie aktorskie zdobywałeś też na Scenie Polskiej Teatru Tesinskeho Divadla w Czeskim Cieszynie. Jak tam trafiłeś?

To jest dość dziwna i bardzo spontaniczna historia. Pewnego dnia moja koleżanka z serialu „Szkoła”, aktorka Joanna Litwin, pracująca w teatrze w Czeskim Cieszynie, zadzwoniła do mnie i powiedziała, że rozchorował się aktor i czy mógłbym go zastąpić. Zgodziłem się i przyjechałem na próbę. Okazało się, że próby praktycznie nie było - dostałem tylko tekst z informacją, że gram główną rolę i pojutrze jest spektakl. Nie miałem wcześniej doświadczenia z tak dużym teatrem, ale w ciągu jednego dnia przyswoiłem 80 stron tekstu i potem udało mi się jeszcze zagrać w kilku innych przedstawieniach.

Uprawiałeś i uprawiasz w życiu bardzo wiele sportów. Czy ta miłość do sportu była w Tobie od dziecka?

Tak. Od urodzenia lubiłem się dużo ruszać, więc zacząłem przygodę ze sportem od piłki nożnej i do 6 klasy szkoły podstawowej grałem w klubie Wisłoka Dębica. W gimnazjum w wakacje, grając w piłkę przed blokiem, zobaczyłem, że jest organizowany turniej streetballa - koszykówki ulicznej. Kolega nie miał nikogo do pary, więc zaproponował, żebym z nim zagrał. Powiedziałem mu, że nigdy nie grałem w koszykówkę, więc to nie mój sport. W końcu jednak uległem i w korkach na asfalcie z nim zagrałem. Nie wiem jak, ale zajęliśmy drugie miejsce. W tym momencie korki poszły do szafy i zaczęła się miłość do kosza. Całe wakacje filmy na Youtubie i codzienny trening - samemu, nikt mi nic nie pokazywał. Do dzisiaj uwielbiam ten sport.

Czyżby wrodzone zdolności sportowe?

Coś w tym jest. Na studiach na pedagogice czasu wolnego zostaliśmy całą grupą zabrani do starego kina przerobionego na klub squashowy, żeby zobaczyć na czym polega squash. 10 lat temu nie był to popularny sport. Trener pokazał nam podstawy i zaproponował, by każdy zrobił z nim jedną wymianę. Może kilka osób odbiło dwa-trzy razy, a ze mną wykonał pełną wymianę. O mało nie ograłem instruktora! Spytał, jak długo gram, a ja musiałem tłumaczyć, że pierwszy raz trzymam rakietę. Zaproponował, żebym zapisał się do ligi. Tydzień później kupiłem rakietę i zacząłem grać w squasha. Podobną przygodę miałem z badmintonem - gram już w niego czwarty rok. Z kolei ze sportów stacjonarnych gram w bilard. Mój brat ma klub bilardowy i w zeszłym roku został podwójnym mistrzem Polski.

Czyli macie sport we krwi.

On akurat jest moim totalnym przeciwieństwem. Ja muszę się ruszać, a on woli statyczne sporty. Jak nie wrócę z treningu na kolanach, to wiem, że był to trening zmarnowany. Teraz na przykład cały czas nabijam kilometry w ramach akcji „Pomoc mierzona kilometrami”, do czego serdecznie zapraszam. Ponadto niedawno zostałem ambasadorem tej akcji - każdy może aplikować przez pracuj.pl. Link jest u mnie w bio na Instagramie. To super sprawa, bo trenując pomagasz innym.

Wiedzą o tajnikach różnych sportów okazjonalnie dzielisz się na Youtubie. Masz zamiar publikować kolejne filmiki?

Tak. Był ambitny pomysł, ale trochę zabrakło nam czasu. To był projekt niezarobkowy, ale z fajnym przesłaniem. Każdy z nas ma jednak swoje życie, więc po trzech odcinkach zostaliśmy zasypani innymi obowiązkami. Mamy kilka odcinków nagranych, ale nie ma kiedy ich złożyć. Niedługo postaram się je opublikować.


Oprócz aktorstwa i sportu działasz też w modelingu. Na Instagramie regularnie wrzucasz nowe modowe zdjęcia.

Staram się działać w tym kierunku, ale mam trochę niefart, że mieszkam w Krakowie. Tam niewiele się dzieje - wszystko się dzieje w Warszawie, a dojazdy z Krakowa do stolicy to finansowa studnia bez dna i utrata dużej ilości czasu.

Miałeś jakieś większe sukcesy w branży? Występy na wybiegu?

Nie jestem modelem wybiegowym, bo wbrew pozorom jestem za niski. Trzeba mieć minimum 185 cm, a ja mam właśnie tyle. Robię trochę sesji i mam swoich stałych klientów, z którymi współpracuję. Swego czasu byłem na kontrakcie w Azji - w Chinach, Turcji i Tajlandii, robiłem też sesje w Chorwacji i Hiszpanii, więc dzięki modelingowi zwiedziłem trochę świata i poznałem fajnych ludzi.

A jaka była Twoja najbardziej ekscytująca czy ekstremalna sesja zdjęciowa? 

Raczej nie sesja, a cykl reklam, który robiłem dla włoskiej firmy produkującej garnitury Cadini. Trzy spoty reklamowe kręcone w Polsce i potem na kontynuację poleciałem do Indii, a stamtąd do Tajlandii. Łącznie pięć reklam z reżyserami światowej sławy. Świetny projekt, którym mogę się pochwalić w portfolio. Jestem też bardzo dumny, że udało mi się wkręcić żonę do niektórych projektów. Mimo że nigdy nie miała nic wspólnego ze światem modelingu, świetnie zaczęła sobie radzić. Potem po latach pokażemy te wspólne projekty naszym dzieciom.

We wrześniu 2014 wraz z uczestnikami konkursu Manhunt Poland wziąłeś udział w kampanii społecznej na rzecz osób głuchoniemych „Porozmawiaj ze mną”. Jak wspominasz tę akcję?

To było bardzo fajne przeżycie. Poznałem ciekawych ludzi - brali w tym udział między innymi Andrzej Piaseczny i Łukasz Nowicki. Lubię takie rzeczy, bo czuję, że pomagam. Daję cząstkę siebie i jeśli tylko mogę pomóc, to bardzo chętnie to robię. Zdecydowanie wolę taką pomoc niż jak ktoś pisze, że jest akcja charytatywna i prosi o wpłacenie pieniędzy. Żyjemy w takich czasach, że nie zawsze do końca wiadomo czy ktoś potrzebuje pomocy. W sieci jest wielu oszustów, więc zawsze podchodzę do tego sceptycznie. Kilka razy miałem takie sytuacje, że jak zaczynałem zadawać różne pytania, to nagle kontakt się urywał. Brałem między innymi udział w akcji promującej hospicjum dziecięce, nakręciłem kilka spotów reklamowych, a teraz tak jak wspomniałem zostałem ambasadorem akcji „Pomoc mierzona kilometrami”. Jestem otwarty na takie projekty pod warunkiem, że jest to robione z głową i konkretnie.


Nie tylko jesteś aktorem i modelem, ale również wodzirejem i konferansjerem - prowadzisz grupę wodzirejską BrosArt. 

Cały czas czynnie działamy i dobrze się przy tym bawimy. Od dziecka miałem smykałkę do tego, żeby brać mikrofon, wychodzić do ludzi i do nich po prostu gadać. Sprawia mi to dużo frajdy. Ostatnio prowadziłem urodziny Galerii Sudeckiej w Jeleniej Górze z Bilguunem, więc jak byliśmy we dwóch na scenie, to robiliśmy niezłe jaja. Mimo że spędziłem cały dzień na mikrofonie, to świetnie to wspominam. Zdecydowanie jest to jedna z moich ulubionych części pracy.

Która z prowadzonych przez Ciebie imprez była najbardziej szalona?

Kiedy studiowałem, prowadziłem prawie wszystkie Juwenalia na AWF-ie. Masz przed sobą kilkutysięczną publiczność i wszyscy skandują, a ty nimi zawiadujesz. Podobnie jest, gdy gram imprezy jako DJ, nie tylko puszczający muzykę, ale też animujący. Jeśli kupisz publiczność swoją osobą, to pójdą za tobą na koniec świata. Z szalonych krakowskich imprez mamy na Juwenaliach wybory Superstudenta i Najmilszej Studentki. Każda uczelnia robi swój konkurs. W 2008 sam wygrałem tytuł Superstudenta Krakowa, a potem prowadziłem kilka takich imprez na AWF-ie. Dla konferansjera jest to trudne zadanie. Masz pięć-sześć par, które biorą udział i jedni są totalną petardą, a innych trzeba odpowiednio ukierunkować. To ty jesteś reżyserem tego show i tak naprawdę od ciebie zależy czy będzie śmiesznie, a ma być śmiesznie, bo tego oczekuje publika. Nie można dopuścić do tego, by wszystko się rozjechało, a według mnie kluczem każdej imprezy jest dynamika. Gdy jej nie ma, robi się nudno.

Wspomniałeś o tym, że na imprezach zasiadasz za DJ-ską konsoletą. Jaka muzyka najbardziej Cię kręci i inspiruje?

Ostatnio rozmawiałem z kolegą w moim wieku i pytał się mnie, czy mam w swoim repertuarze Martina Garrixa. Dla mnie to są kawałki na jeden bit. Wychowałem się na tym, czego słuchano u mnie w domu: Dire Straits, Smokie, Pink Floyd i Bee Gees i to właśnie takie kawałki mnie ruszają. Odpaliłem temu koledze solówkę Dire Straits „You and Your Friend” i powiedział mi, że jestem nienormalny. A ja po prostu się przy tym rozpływam. W dzisiejszych czasach ciężko znaleźć muzykę, która powali czymś nowym, a już totalnym dramatem jest dla mnie disco polo i procent społeczeństwa, który go słucha i się przy tym bawi. Adam Sztaba powiedział kiedyś, że to „muzyka dla ludzi, którzy mają nisko zawieszona poprzeczkę i nie mają żadnych wymagań”.

Czyli rozumiem, że na prowadzonych przez siebie imprezach unikasz disco polo?

Robię wszystko, co mogę, ale niestety zawsze ktoś przyjdzie i poprosi. Z bólem serca się godzę, bo klient nasz pan. Nie jest to jednak coś, czego słucham w domu.

Z tego co wiem promujesz imprezy bezalkoholowe i działasz na rzecz ich upowszechniania.

Nie tyle, że sam promuję, tylko zdarzają się klienci, którzy sobie tego życzą. Najczęściej były to bezalkoholowe wesela. Przeciętny Polak łapie się za głowę, gdy słyszy takie określenie i w sumie też się trochę łapię. Mamy takie społeczeństwo, a nie inne, gdzie ludzie nie wyobrażają sobie zabawy bez alkoholu.

To trochę element polskiej kultury i tradycji.

Ja osobiście jestem abstynentem. W ogóle nie piję alkoholu i potrafię się bez niego bawić. Jeżeli jednak ktoś organizuje bezalkoholową imprezę, to musi liczyć się z konsekwencjami. Miałem jedną taką imprezę, gdzie w założeniu miało przyjść 250 osób, a potem się okazało, że przyszło 80 - większość nie przyszła tylko dlatego, że nie było alkoholu. Miałem też taką imprezę, że mieliśmy pełną salę i bawiliśmy się bez alkoholu do 8:30 rano. Wtedy rola wodzireja polega na tym, żeby robić zabawę za zabawą, dopóki ludzie nie padną. A oni nie padają, bo nie są zmęczeni alkoholem.


Wspomniałeś o swoich licznych podróżach, związanych z modelingiem i nie tylko. Które miejsca najbardziej Cię inspirują?

Dalsze podróże zaczęły się w moim życiu przez modeling, ale do większego podróżowania zachęciła mnie moja żona Karolina. Zwiedziliśmy razem wiele cudownych miejsc. Do takich totalnie top należą oczywiście Stany Zjednoczone, gdzie w ciągu miesiąca udało nam się przejechać od Toronto do Key West - całe wschodnie wybrzeże. Wróciliśmy z wakacji wyrąbani jak po obozie przetrwania, ale to były wakacje marzeń. W tym roku udało nam się z kolei być na Seszelach. Póki co to dla nas najpiękniejsze miejsce na ziemi, jakie dotychczas zobaczyliśmy. Trzy razy zwiedziłem też Tajlandię, w tym raz w zeszłym roku w czternastoosobowej ekipie znajomych, co chyba nie jest normalne, ale mimo to wypad był fantastyczny (śmiech).

Na co dzień jesteś związany z Krakowem, dawną stolicą Polski, miastem artystycznym i klimatycznym. Co szczególnie urzeka Cię w Krakowie?

W Krakowie mieszkam już kilkanaście lat, przyjechałem tu na studia. Najbardziej chyba urzekło mnie to, że to miasto jest zarazem duże, ale i małe. Wszędzie jesteś w stanie bardzo szybko się przemieścić, zwłaszcza komunikacją miejską. Znam wszystkie zakamarki miasta i wiem, jak się po nim przemieszczać. Poza tym to też świetna baza wypadowa, by skoczyć do rodziców, dziadków czy w góry lub na Śląsk. Jedyne co mi przeszkadza to powietrze, ale tak naprawdę masz tam wszystko: lasy, góry, jaskinie, jeziora i zabytki.

Jakie są Twoje plany na najbliższy czas - zamierzasz bardziej rozwijać się w kierunku aktorstwa, modelingu czy sportu?

Rozwijać trzeba się zawsze - jak się nie rozwijasz, to się zwijasz. Na razie mam kilka pomysłów biznesowych, o których jeszcze nie chcę mówić. Modelingowo może poświęcę czas, żeby przyjechać do Warszawy i tutaj mocniej zaistnieć, pokazując się na castingach. Nie do końca jest mi to jednak potrzebne, bo naprawdę mam co robić. Póki co chciałbym powiększyć rodzinę.

I jak rozumiem nadal uczyć WF-u w „Szkole”...

Tak, póki mam „etat”, to jak najbardziej sprawia mi to dużą przyjemność. Gram też epizody w „19+”, gdzie również wcielam się w postać Tomasza Dudziaka. Jeśli coś by nie poszło w kierunku aktorskim, to zawsze zostaje kanał na Youtubie, który można jeszcze podkręcić. Mam też pomysł na vloga, którego ogarniałbym sam bez konieczności posiadania operatora. Ludzie, którzy widzieli moje dotychczasowe filmiki mówią mi, żebym poszedł z nimi do telewizji, ale do tego potrzebuję jeszcze z 10 odcinków, a do tego potrzebny jest czas i tak koło się zamyka.


Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej na temat Konrada Pondo i jego działalności, zajrzyjcie na jego oficjalną stronę:
https://www.facebook.com/pg/KonradPondoFP/
https://www.instagram.com/konradpondo/
https://www.youtube.com/channel/UCRtP5nd7c3FfRz1lvnomgFA

czwartek, 30 sierpnia 2018

Rozmowa z Janem Dratwickim

Jan Dratwicki jest pochodzącym z Łodzi modelem, który w 2016 zdobył tytuł Mistera Polski, a w konkursie Mister Supranational 2017 trafił do finałowej dziesiątki. W czerwcu i lipcu 2018 w ramach Milan Fashion Weeku szedł w dwóch pokazach prestiżowego domu mody Dolce & Gabbana. Prowadzi też kanał na Youtubie Wyjdź do Ludzi, na którym dzieli się z widzami kulisami pracy w modelingu i zadaje ludziom pytania o budzące kontrowersje tematy. Wiąże się to z jego planami zawodowymi - studiuje bowiem zaocznie dziennikarstwo i medioznawstwo na Uniwersytecie Warszawskim. W wywiadzie Janek opowiada o kulisach konkursu Mister Polski, dzieli się wspomnieniami z pokazów Dolce & Gabbana oraz zdradza swoje plany na przyszłość.


W listopadzie 2016 zdobyłeś tytuł najprzystojniejszego Polaka, Mistera Polski. Jak wyglądała Twoja droga do tytułu?

Wszystko zaczęło się od mojej pasji do sportu. Już w gimnazjum trenowałem brazylijskie jiu-jitsu, później MMA, a następnie ze względu na sztuki walki trafiłem na siłownię. W końcu porzuciłem sporty walki i zacząłem bawić się w kulturystykę. Mając 16 lat, wystartowałem w konkursie kulturystycznym. Miałem już wtedy nieźle zbudowaną sylwetkę. Dwa lata później poznałem moją obecną dziewczynę, która zachęciła mnie, żebym spróbował swoich sił w modelingu. Miała znajomego fotografa, u którego załatwiła mi pierwszą amatorską sesję. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, jak to wszystko dokładnie wygląda. Czułem się nieswojo przed aparatem, ale jakoś sobie poradziłem. Potem inny fotograf zobaczył tę sesję i też postanowił zrobić mi zdjęcia.

Zdjęcia z tych dwóch sesji podesłałem na zorganizowany przez Mistera Polski Rafała Jonkisza konkurs, w którym do wygrania był udział w sesji promującej markę Ozonee. Zdobyłem najwięcej lajków ze wszystkich uczestników i wygrałem tę sesję. Tam poznałem Rafała i właściciela konkursu Mister Polski, którzy zaproponowali mi, żebym spróbował swoich sił w wyborach. Początkowo byłem do tego sceptycznie nastawiony, ale latem 2016 przyszedł do mnie mail z oficjalnym zaproszeniem na casting. Miałem wtedy jechać na wakacje, ale w ostatniej chwili zmieniłem termin wyjazdu, by wrócić kilka dni przed castingiem. Jak zobaczyłem tych wszystkich kandydatów, to stwierdziłem, że nie mam szans. Byłem introwertykiem, a tam trzeba było zaprezentować się przed członkami jury i z nimi rozmawiać. Udało się jednak przejść casting i tak wspinałem się po kolejnych etapach aż do finału. Nawet na finale traktowałem to wszystko jak zabawę, a jak wygrałem, byłem jednocześnie przerażony i zaskoczony.

Podobno za kulisami spodziewano się innego werdyktu...

Za kulisami przechodziły ploteczki, że ma wygrać ktoś inny, więc stałem sobie na luzie, tym bardziej, że miałem już tytuł Mistera Elegancji. Myślałem, że więcej już nic nie wygram, więc werdykt był dla mnie szokiem. Momentu, w którym przeszedłem po wybiegu do fotoreporterów i zostałem oślepiony fleszami, nie zapomnę już chyba do końca życia. W ułamku sekundy stajesz się inną osobą. Trzeba się dostosować do nowej roli.

W wywiadach mówiłeś, że dzięki konkursowi stałeś się bardziej otwarty i pewny siebie. 

Chcąc nie chcąc, byłem zmuszony nauczyć się rozmawiać z ludźmi i nawiązywać nowe znajomości. Nawet udział w konkursie Mister International, kiedy to mając 19 lat sam poleciałem do Tajlandii, nauczył mnie samodzielności i zbudował mój charakter. Zmienia się też światopogląd. Kiedy widzisz od środka świat show-biznesu i poznajesz znane osoby, wszystko wygląda inaczej niż z perspektywy osoby, która nie chodzi na eventy.

Niektórzy uważają, że udział mężczyzn w konkursach piękności może trochę uwłaczać ich poczuciu męskości. Nie obawiałeś się reakcji kolegów czy internautów?

Nie, traktowałem to jako zabawę i odskocznię. Zawsze pojawiają się jakieś negatywne opinie, ale podchodzę do nich z przymrużeniem oka. Pamiętam, że kiedy startowałem w konkursie, pojawiały się w internecie opinie „Co za szczur” i inne podobne. Jak coś się osiąga w Polsce, trzeba być gotowym na negatywne komentarze (śmiech). Wygrana daje dużo plusów, ale też dużo minusów. Ten cały rok panowania był dla mnie bardzo stresujący.


Wspomniałeś o swoim udziale w konkursie Mister International 2016 w Tajlandii. Jak polski typ urody był odbierany w tym azjatyckim kraju?

W Tajlandii jak jesteś blondynem z niebieskimi oczami, to traktują cię jak boga. Kiedy szedłem ulicą, ludzie machali mi i chcieli robić sobie ze mną zdjęcia, co było dla mnie niecodziennym doświadczeniem. To był mój pierwszy konkurs międzynarodowy i poznałem tam chłopaków z całego świata. Było też dużo zwiedzania, więc jestem z tego wyjazdu zadowolony, mimo że nie wszedłem nawet do Top 16. Lepiej poszło mi na wyborach Mistera Supranational - tam już trafiłem do finałowej dziesiątki.

Czy na męskich konkursach piękności jest duża rywalizacja?

Nigdy nie zauważyłem jakiejś mocniejszej rywalizacji na konkursach międzynarodowych. Wszyscy są do siebie przyjaźnie nastawieni. Myślę, że większa rywalizacja i większe spięcia były w konkursie Mister Polski, ale i tak nie są one szczególnie duże. To mit, że konkursy piękności wiążą się z wielką rywalizacją. U dziewczyn też nic takiego nie zauważyłem, a miałem okazję obserwować ich przygotowania.

Po konkursie Mister Polski zacząłeś karierę w modelingu, a w wakacje miałeś okazję wystąpić na pokazie Dolce & Gabbana w Mediolanie. Jak udało Ci się osiągnąć tak duży sukces?

Po zakończeniu mojego panowania jako Mister Polski i oddaniu tytułu stwierdziłem, że czas na kolejne wyzwanie. W styczniu 2018 zapisałem się do agencji modelingowej United For Models. Męski modeling to już zupełnie inny świat niż konkursy misterów. Mister to bardziej zabawa, a tu już są castingi i walka o zlecenia - jesteś traktowany na równi z innymi. W Polsce robiłem głównie małe sesje, bo priorytetem było dla mnie złapanie zagranicznego kontraktu. Udało mi się podpisać kontrakt z agencją Brave Models w Mediolanie i wtedy dopiero zaczęło się prawdziwe starcie z modelingiem. Wszyscy na castingach wyglądają tam perfekcyjnie - nie ma gorszy czy lepszy, są tylko różne typy urody. Jeden jest rudy, inny z dredami, są nawet faceci z tatuażami na twarzy. Konkurencja jest olbrzymia.

Na szczęście udało Ci się przebić.

Byłem bardzo zaskoczony, że udało mi się akurat z Dolce & Gabbana, ale oni stawiają w swoich pokazach na lepiej zbudowanych chłopaków. Większość marek nadal preferuje jednak bardziej smukłych modeli.

Miałeś okazję osobiście poznać duet Domenico Dolce i Stefano Gabbana?

Oni osobiście nadzorują przygotowania do pokazu. Już na przymiarkach idzie się do głównej siedziby Dolce & Gabbana. Wchodzisz do pomieszczenia wielkości sali gimnastycznej, gdzie wszędzie leżą ubrania z ich kolekcji. Stefano Gabbany akurat nie wtedy nie było, ale Domenico Dolce sam sprawdzał, jak leży na mnie biały garnitur na drugi pokaz. Jak go założyłem, to coś odpruł, a krawiec od razu przyszył inaczej. Wszystko idzie tam w ekspresowym tempie. Nawet jak nie pasowały mu guziki, to w pięć minut przyszył inne. Ogólnie zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie, a atmosfera była bardzo sympatyczna.

Łącznie wziąłeś udział w dwóch pokazach Dolce & Gabbana - w Mediolanie i nad jeziorem Como. 

Ten nad jeziorem Como podobał mi się szczególnie - atmosfera przepychu i pomieszanie wszystkich epok w sztuce. Jak przyszedłem przebrany na miejsce pokazu, to zrobiło ono na mnie ogromne wrażenie. Nawet kelnerzy chodzili w specjalnych perukach.

Domyślam się, że przy okazji pozwiedzałeś też trochę Włochy.

Byłem w Mediolanie prawie dwa miesiące, więc jak nie miałem castingów, to zwiedzałem. Myślę, że przeszedłem miasto wzdłuż i wszerz na piechotę. Czasu było sporo, ale jednocześnie trzeba było się przemieszczać z castingu na casting. Bywały dni, że miałem siedem castingów dziennie - niektóre pokrywały się godzinowo, więc to była gonitwa. Niekiedy trzeba było czekać dwie godziny w kolejce na swoje wejście. Okres Fashion Weeku to najgorętszy czas w Mediolanie, a zaraz po nim wszyscy opuszczają miasto.


Prowadzisz też kanał na Youtubie Wyjdź do Ludzi, na którym rozmawiasz z ludźmi na kontrowersyjne tematy i dzielisz się z widzami ciekawymi momentami z życia. 

W Youtube bawię się amatorsko - nie mam na to za dużo czasu, bo studiuję zaocznie i pracuję w agencji marketingowej w Warszawie. Jak mam wolny czas, to nagrywam filmiki dla zabawy czy rozwijania się. Nie mam z tego żadnych profitów.

Twój cykl „wychodzenia do ludzi” i zadawania im trudnych pytań zdobył w sieci sporą popularność.

Być może będę kontynuował ten projekt. Jest on dość wymagający i trudny, bo ludzie często nie chcą rozmawiać na kontrowersyjne tematy. Czasami potrzeba było wielu godzin, żeby znaleźć osoby, którzy zdecydowałyby się wypowiedzieć przed kamerą. Tym bardziej, gdy ktoś zadaje pytania o tabletki „po” czy marihuanę. Myślę jednak, że to fajne edukacyjne filmy dla młodych ludzi i nie tylko. Przy okazji to dla mnie szkolenie jako studenta dziennikarstwa.

Z którego filmiku jesteś najbardziej dumny?

Najbardziej jestem dumny z filmików edukacyjnych, dzięki którym ludzie mogą dowiedzieć się czegoś nowego, ale największą klikalność zyskał filmik „Czy ludzie znają polskich raperów?”, robiony typowo pod rozrywkę.

A jakiej muzyki Ty lubisz słuchać?

Bardzo różnej. Jak ktoś się mnie o to pyta, to nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć. Mogę słuchać wszystkiego: country, rapu czy jazzu - w zależności od humoru. Najwięcej słucham zagranicznego rapu i hip-hopu: ASAP Rocky, Eminema czy Kendricka Lamara.

Twoją dużą pasją jest motoryzacja - nie zrezygnowałeś z niej nawet mimo wypadku na motocyklu.

Moje zamiłowanie do motocykli zaczęło się, kiedy w wieku 15 lat zacząłem jeździć skuterkiem. Po jakimś czasie stwierdziłem, że fajnie byłoby zrobić prawo jazdy na motocykl. Rodzice byli przeciwni, ale ciężko pracując jako kelner na weselach, udało mi się zarobić na niego pieniądze. Kupiłem motocykl, zrobiłem prawo jazdy i od tego czasu jest to taka moja odskocznia od wszystkiego. Nawet w tym roku pojechałem z dziewczyną motocyklem do Zakopanego. Po wypadku rodzice protestowali, żebym nie jeździł, ale nie ma co się bać. Życie można stracić wszędzie (śmiech). Jestem jednak rozsądniejszy i teraz już jeżdzę naprawdę ostrożnie. Przez wypadek na motocyklu ominął mnie zresztą wyjazd na Filipiny na konkurs Man of the World, czego potem bardzo żałowałem.


Jakiś czas temu wyprowadziłeś się z rodzinnej Łodzi i zamieszkałeś w Warszawie. Co najbardziej podoba Ci się w stolicy?

Najbardziej podobają mi się możliwości, bo w Warszawie jest wszystko: modeling, eventy, praca i uczelnia. Stolica stoi na najwyższym poziomie w kraju, jeśli chodzi o możliwość rozwoju, ale nie podoba mi się za duże tempo życia i nastawienie na lans. W Łodzi czuję się bardziej swojsko i mam sentyment do tego miasta, więc jak mam czas, to tam jeżdżę.

Krytykujesz nastawienie na lans, ale sam też co jakiś czas bywasz na eventach. Bardziej chodzisz na nie „z grzeczności” czy jednak trochę pociąga Cię świat show-biznesu?

Świat show-biznesu nigdy mnie nie pociągał, to bywanie było bardziej wpisane w tytuł Mistera i narzucane przez menedżerów. Teraz, kiedy nie jestem z nikim związany umowami, czuję się wolny. Będąc ostatnio na evencie 4fun.tv, nawet nie stanąłem na ściance, bo już mnie to nie kręci. Poszedłem dla zabawy, a nie dla lansu. Nie mam zamiaru promować się za wszelką cenę. Powoli, w swoim tempie, a nie na skróty i z jakimiś układami.

Na swoim profilu na Instagramie masz już jednak całkiem spore grono obserwatorów - prawie 85 tysięcy.

Instagram to takie moje hobby. Lubię robić sobie zdjęcia, przyzwyczaiłem się do tego. Kiedyś ta aplikacja w ogóle mnie nie interesowała, ale od wygrania tytułu Mistera musiałem zainwestować w niego więcej czasu. Teraz robię to już mechanicznie i sprawia mi to przyjemność.

W mediach społecznościowych chwalisz się zdjęciami ze swoich licznych zagranicznych podróży - ostatnio byłeś na przykład w Albanii. Masz swoje ulubione miejsce do zwiedzania i wypoczynku?

Albania to piękny kraj, ale Albańczycy go niszczą, bo na każdym kroku śmiecą i nie szanują natury. Hotele są jednak czyste i jest tam tanio, więc polecam to miejsce na wakacje. Największe wrażenie zrobiła jednak na mnie Tajlandia. To była moja najbardziej egzotyczna podróż, a tajska kultura bardzo różni się od polskiej.


Jak na Mistera Polski przystało bardzo dbasz o swoją kondycję fizyczną i sylwetkę. Czy trenujesz jakieś sporty poza ćwiczeniami na siłowni?

Teraz już tylko siłownia, nie mam czasu na nic więcej, ale na szczęście rodzice obdarzyli mnie dobrą genetyką. W porównaniu z innymi nie muszę się dużo starać, żeby mieć dobrą sylwetkę. Dbam jednak o to, aby wysiłek fizyczny był obecny w moim życiu - regularnie trenuję na siłowni i staram się trzymać dietę.

Od października 2017 jesteś studentem dziennikarstwa i medioznawstwa na Wydziale Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii Uniwersytetu Warszawskiego. Planujesz związać swoją przyszłość z zawodem dziennikarza? 

Poszedłem na te studia z myślą, aby w przyszłości pracować w telewizji, ale zobaczymy jak potoczy się życie. Teraz pracuję w firmie, która zajmuje się marketingiem w social mediach, więc może jednak pójdę w PR.

Jak podoba Ci się na uczelni?

Po pierwszy roku ciężko powiedzieć, czy mi się podoba, bo jest dużo ogólnych przedmiotów, a nie nastawionych konkretnie na dziennikarstwo. Na razie jestem jednak zadowolony.

Na zakończenie: Jakie masz jeszcze marzenia i cele? Osiągnąłeś już naprawdę dużo.

Dobre pytanie! (śmiech) Na pewno najbardziej przyziemnym marzeniem będzie zdanie sesji, bo przez pokaz Dolce & Gabbana przepadło mi kilka egzaminów. Później chcę zaś dalej rozwijać się jako model i skończyć studia - przynajmniej zrobić magisterkę. To na razie moje główne cele.


Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej o Janie Dratwickim i śledzić jego działalność, zapraszam na jego oficjalną stronę:
https://www.facebook.com/jandratwickifitness/
https://www.instagram.com/jan_dratwicki/

piątek, 24 sierpnia 2018

Wywiad z Agnieszką Drewnicką (Exaited)

Agnieszka Drewnicka jest wokalistką zespołu disco polo Exaited, założonego w 2004 w Białymstoku. Grupa zasłynęła przede wszystkim takimi przebojami jak „Nie unikaj”, „Dziś Ci to powiem” czy „W sercu mi graj” (w duecie z Zenonem Martyniukiem), ale ma też na swoim koncie kilka utworów w języku angielskim. Zespół Exaited był również gościem wielu wielkich muzycznych festiwali, m.in. Hitów na Czasie Radia Eska, Festiwalu Weselnych Przebojów w Mrągowie czy Ogólnopolskiego Festiwalu Muzyki Tanecznej w Ostródzie. W wywiadzie Agnieszka Drewnicka opowiada o początkach swojej działalności muzycznej, współpracy z Zenonem Martyniukiem i swoich muzycznych inspiracjach.


Grupa Exaited powstała czternaście lat temu, a obecnie jest jednym z najpopularniejszych zespołów grających muzykę disco polo. Jak wyglądały początki Pani przygody z muzyką i kiedy stwierdziła Pani, że chce zostać piosenkarką?

Jestem pod wrażeniem Pana wiedzy na temat mojej kariery muzycznej. To prawda, to już 14 lat…  Była to długa droga, ale dziś już wiem, że była mi potrzebna i odpowiednio przygotowała mnie na ostatnie pięć lat działalności muzycznej. Piosenkarką chciałam zostać w chwili, w której zrozumiałam, że wydobywam z siebie jakieś sensowne dźwięki. Pamiętam każdy utwór mojego dzieciństwa, uwielbiałam wieczory, gdy spotykaliśmy się w większym gronie rodzinnym i przy dżwiękach gitary i z magicznym śpiewnikiem cioci śpiewaliśmy wspólnie kolejne utwory z repertuatu Grechuty, 2+1, Bajm itd. Piękne zespoły dawnych lat. Ale dopiero Vaya Con Dios i jej utwór „Nah Neh Nah” zrobił na mnie ogromne wrażenie. To było coś - dynamika, mocny wokal, charyzmatyczna kobieta. Już następnego dnia byłam jak ona - tylko, że jeszcze przed telewizorem w przebraniu z szafy mojej mamy z jej tekstem wyuczonym na pamięć (śmiech). Później już codziennie żyłam marzeniami i czekałam na ten dzień, a jak wiadomo, gdy pragnie się czegoś całym sercem i ani przez moment nie utraci się w to wiary, to nie ma innej opcji.

Na temat początków, czyli wspinania się na tę górę muzyczną, mogłabym dziś napisać wypracowanie, bo nie był to wygrany los na loterii, tylko bardzo ciężka praca. Pierwsze drzwi, do których zapukałam, otwierały drogę do promowania tylko muzyki disco polo. Tam wydałam pierwszy utwór z tego gatunku i stawiałam pierwsze kroki na scenie. Na początku skład był trzyosobowy. Po roku miałam już grupę zawodowych tancerzy, z którymi przygotowałam bardzo ciekawą oprawę sceniczną. To była piękna przygoda z młodymi ludźmi, którzy wiele mnie nauczyli. W pewnym momencie razem oglądaliśmy koncert Hity na Czasie Radia Eska. Wszyscy czuliśmy, że to nasze kolejne marzenie. Uśmiechnęłam się do nich, mówiąc że za rok i my tam będziemy. Później w krótkim czasie rozstałam się z wytwórnią, która nie wierzyła w moje możliwości i bardziej wyśmiała mój pomysł, uważając mnie za niepoprawną marzycielkę. Jednak po roku z ramienia kolejnej wytwórni Camey Records stanęliśmy na scenie właśnie tej wielkiej imprezy Hity na Czasie z utworem „We Can Dance” i po kolejnym roku historia znów się powtórzyła. Zaczęliśmy tworzyć z różnymi producentami klubowe utwory w języku angielskim, bo to był wtedy klucz do tego rodzaju imprez. Muzyka disco polo też nabierała swojego tempa.

W międzyczasie pisałam muzykę i teksty kolegom z branży disco polo za namową drugiej połowy mojego zespołu - Tomasza Sidoruka, który od 20 lat jest producentem muzycznym. Z czasem coraz częściej namawiał mnie do powrotu do muzyki disco polo. Wiedział, że stanowimy dobry duet i możemy stworzyć coś ciekawego, tym bardziej, że brzmienie tej muzyki przestawało odbiegać  jakością od tanecznych utworów zagranicznych. Pomyślałam, czemu nie… i z zebranym doświadczeniem wróciłam do korzeni naszej polskiej muzyki rozrywkowej.

W latach 2008-2011 tworzyliście głównie utwory w języku angielskim, między innymi „We Can Dance” i „Show Me Your Affection”, w ramach projektu Ines nagrywała też Pani piosenki w Barcelonie we współpracy z DJ-em Nitro. Jak wspomina Pani ten rozdział swojej muzycznej działalności i skąd pomysł na powrót do polskiego repertuaru?

Tak, to był taki czas w Polsce, że w radiach wybrzmiewały utwory głównie wyśpiewane w języku angielskim - chciałam się sprawdzić. Na szczęście z mało-dużym sukcesem. Małym, bo mogłam więcej i nie wiem, gdzie bym dzisiaj była, gdybym pozostała wierna temu stylowi, a dużym, bo jak na tamte lata i ze świadomością zupełnego braku zaplecza finansowego, doświadczenia i tzw. pleców w branży obecność na jednej scenie z największymi gwiazdami światowego formatu była dla mnie nie powodem do próżności, ale świadomością, że ktoś we mnie uwierzył i dał mi szansę. To zaś bardziej uskrzydla i rozwija. Odbierałam maile z propozycją nagrania kolejnych utworów i między innymi z zapytaniem o utwór „Sunshine”, który wrzuciliśmy do internetu. Ten utwór zwrócił uwagę producentów z Hiszpanii, na co dzień pracujących w stacjach radiowych. Udzieliłam więc zgody na promocję, a po jakimś czasie promocyjnym otrzymywałam prośby o dostarczenie kolejnych utworów. Jednak coś w sercu się nie zgadzało… To nie był mój język, to nie było moje podwórko. Coraz częściej słyszałam swoje prawdziwe pragnienia. Chciałam śpiewać dla moich przyjaciół z Polski, bawić się z nimi, spotykać, rozmawiać…. Dawać moim najbliższym całą siebie. Niby fajnie, ale nie czułam się spełniona. Dopiero teraz czuję, że jestem tu gdzie powinnam być. Jestem w swoim domu.

W 2014 nagrała Pani w duecie z Zenonem Martyniukiem romantyczny utwór „W sercu mi graj”, który stał się w Polsce prawdziwym przebojem. Czy mogłaby Pani opowiedzieć coś więcej o swojej współpracy z królem disco polo? Możemy się od Pani spodziewać kolejnych podobnych duetów w przyszłości?

To był piękny czas. Początki, niepewność, czy dokonałam właściwego wyboru… Sama zwróciłam uwagę na pana Zenona Martyniuka na pierwszym wspólnym nagrywaniu kolęd w Muzeum Wsi Kieleckiej. Cichy i skromny w swojej osobie. Pomyślałam wtedy, że gdybym w przyszłości zdecydowała się na nagranie duetu, nie wybrałabym najgłośniejszego, najbardziej przystojnego amanta branży, tylko człowieka o dobrym sercu, a tak czułam, będąc obok Zenka na odległość ręki. Po roku na kolejnym wspólnym nagraniu imprezy sylwestrowej potwierdziliśmy wzajemnie swój wybór. Spotkaliśmy się w studiu, gdzie mogłam przedstawić pomysł na nagranie. Chwilę później śpiewaliśmy razem refren i czułam, że to jest to. Bez żadnych schodów zrealizowaliśmy utwór i po krótkim czasie usłyszeliśmy pierwsze efekty. Wszystko wyszło tak naturalnie i lekko, że wspominam to dziś z uśmiechem i wdzięcznością, i nie mam wątpliwości, że moglibyśmy jeszcze kiedyś wspólnie nagrać kolejny wyjątkowy utwór. Tym razem jednak to ja czekam, co przyniesie przekorny los…

Teledyski do największych hitów zespołu Exaited „Nie unikaj”, „Już mnie nie jarasz” czy „Dziś Ci to powiem” doczekały się milionów wyświetleń na Youtubie, a ich teksty bardzo szybko wpadają w ucho. Co Pani zdaniem stanowi sekret sukcesu Exaited? Z którego utworu jest Pani najbardziej dumna?

Sama nie wiem, jak to się stało. Byłam przekonana, że pierwszeństwo na scenie disco polo należy się zespołom z wokalistą na czele, więc nie liczyłam na jakiś spektakularny sukces, a tym bardziej na grono oddanych Fanów i przede wszystkim kobiet. Spełniałam pragnienia mojego serca i oddałam całą siebie. W każdym dźwięku, słowie, geście, uśmiechu, kierowanym w stronę mojej kochanej Publiczności jest wszystko co mam. I to dosłownie wszystko. Nie mam nic więcej. Nie mam pomysłu, recepty, magicznej różdżki, sprytnego pomysłu - nic. Stoję przed nimi taka, jaka jestem, i śpiewam, co poczuję sercem. Może nie jako wokalistka górnych lotów, ale jakbym chciała wyśpiewać całą siebie i wrócić z koncertu, czując jeszcze ciepło ich dłoni. Co mnie wprowadza w zachwyt? Te uśmiechnięte twarze pięknych kobiet, które są najpiękniejszym darem i potwierdzeniem, że życie jest tak pełne niespodzianek. Gdy nieśmiało prosisz o jeden kwiat, a dostajesz cały ogród…

A utwór ten jeden jedyny? Oczywiście „Dziś Ci to powiem”. Autorem utworu jest Adam Konkol. To dla nas prezent i taki mój mały skarb. Adaś miał świetny pomysł na utwór, Tomasz na aranżację, ja na klip i interpretację. Stwierdziliśmy wspólnie po sukcesie, że to nie może się tak skończyć. Że chcemy jeszcze łączyć siły, bo wychodzą z tego fajne pomysły. Pracujemy więc nad kolejnymi - efekty usłyszycie niebawem.


Domyślam się, że między kolejnymi koncertami Exaited słucha Pani różnych utworów muzycznych i czerpie inspiracje z innych artystów. Jak mogłaby Pani opisać swój gust muzyczny?

Poruszył Pan wrażliwą strunę… Po koncertach, gdy już wracam do domu, włączam listę swoich ulubionych utworów, które może nie tyle mnie inspirują, co wyciszają i pomagają wrócić tam, gdzie wszystko się zaczyna.

Nie mogę jednoznacznie określić swojego gustu muzycznego, bo w mojej myśli nie istnieją żadne gatunki muzyczne. Jest muzyka. Jeżeli coś mi się podoba, słucham tego bez końca. Zapewne gdzieś to później w jakimś momencie i tak pojawi się w mojej muzyce, bo przecież sama w tym wzrastam i dojrzewam. To jest cząstka mnie, od której już nie ucieknę, bo prędzej czy później sama mnie dopadnie. Uwielbiam Elvisa Presleya, Piaska, Bajm, chillout i deep house, „Whiskey Tango” Jacka Savoretti, Claudię Leitte i taneczne latino, czyli wspomnienie z ulubionej Hiszpanii. Uwielbiam kizombę, ale czasem mam też ochotę na  muzykę filmową czy podesłany ostatnio przez mojego bliskiego przyjaciela przepiękny utwór Pachelbela. Mogę tak wymieniać bez końca. Zależy od dnia - od tego, co chciałabym przywołać czy wreszcie pożegnać.

Co roku w ramach tras koncertowych i festiwali odwiedza Pani kilkadziesiąt polskich miejscowości, zapewniając ich mieszkańcom rozrywkę i przybliżając im muzykę disco polo. Które z miejsc w Polsce, które dotychczas Pani odwiedziła, najbardziej zapadło Pani w pamięć?

Pamiętam wszystkie miejsca, w których słyszę przebijający się przez odsłuchy muzyczne tłum śpiewających ludzi. To jest najpiękniejsze wypowiedzenie wdzięczności i tęsknoty, wyraz szacunku i potwierdzenie, że moja obecność w tym miejscu już na zawsze zapisuje się w pamięci Publiczności i przede wszystkim w moim sercu. Długo jeszcze tym oddycham, a to jest cudowne uczucie. Wiesz, że to, co robisz, ma swoje znaczenie i łączy. Nie przytulasz ich do serca fizycznie, ale czujesz, że nasze serca biją w tym samym rytmie. Jesteśmy razem - tu i teraz. Piękne! Coś, co trwa chwilę, a ma wymiar nieskończoności, bo możesz wspominać bez końca. Mam też oczywiście swoje najbardziej ulubione występy, a ostatnim z wielu było Mrągowo. Gdy zagrały pierwsze dźwięki i pojawiłam się na scenie, wszyscy wstali z miejsc. Może Pan sobie wyobrazić co czułam. Wzruszenie i dreszcze. Słyszę póżniej opinie: „Byłaś tak piękna”. Myślę: „Pewnie byłam”. A jak może wyglądać człowiek, który czuje taką miłość?

9 lutego 2018 ukazał się nowy teledysk grupy Exaited do piosenki „Będę”, a domyślam się, że w planach są już kolejne utwory. Co rok 2018 szykuje dla Pani i dla zespołu? 

Już na dniach realizujemy klip do premierowego utworu z Festiwalu w Ostródzie „Kochać to nie grzech”. We wrześniu chciałabym zaś zrealizować klip do kolejnego utworu, który już jest gotowy. Będzie to ostatni teledysk w tym roku. Mam nadzieję, że zdążymy go zrealizować do październikowej trasy koncertowej w USA. Tam są nieograniczone możliwości! Trzymajcie za nas kciuki!

Bardzo dziękuję za wywiad.

Dziękuję za zaproszenie, to jest dla mnie ogromne wyróżnienie. Pozdrawiam wszystkich Fanów, którzy towarzyszą mi na mojej muzycznej drodze. Do zobaczenia na koncertach!


Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej na temat Agnieszki Drewnickiej i zespołu Exaited, zapraszam na oficjalną stronę grupy:
http://www.exaited.pl/
https://www.facebook.com/exaited.polska/

czwartek, 16 sierpnia 2018

Rozmowa z Patrykiem Kumórem

Patryk Kumór jest pochodzącym z Będzina wokalistą, kompozytorem i autorem tekstów. Karierę muzyczną zaczynał od grania na klawiszach w zespołach metalowych Darzamat i Division by Zero, a w 2010 rozpoczął działalność solową. Na swoim koncie ma trzy udane albumy: „13”, „2/2” i „11”, umiejętnie łączące pop z mocniejszym uderzeniem. Obecnie zaś pracuje nad czwartym, który promuje singiel „Skok na bank”. W wywiadzie Patryk opowiada między innymi o pracy nad swoim nowym krążkiem, muzycznych inspiracjach, współpracy z młodymi muzykami i planach na przyszłość.

(Foto: Edmund Magdebursky)

Niedawno ukazał się Twój najnowszy utwór „Skok na bank”, mocniejszy od poprzednich i opowiadający o przełamywaniu ograniczeń. Jakie zatem ograniczenia zamierzasz przełamać na swoim nowym albumie?

Ostatni rok był dla mnie bardzo specyficzny. Pisałem masę piosenek, ale nie dla siebie i miałem czas przemyśleć to, co robię ze swoją muzyką. Postanowiłem, że przełamię trochę ograniczenia w swojej głowie. Tworząc przez lata różne utwory, doszedłem do wniosku, że są dobre, ale nie każdy z nich jest w 100% tożsamy ze mną. Przy tej płycie szczególnie skupiam się więc na tym, żeby trzymać się własnych uczuć. Chciałbym przemycać do mojej muzyki więcej kreatywnego chaosu. Nie chcę już tak bardzo kalkulować.

Więcej osobowości, mniej kalkulacji?

Dokładnie tak! Już w utworze „Ogień i lód”, będącym takim pre-releasem, zdaniem niektórych było „dziwacznie” pod względem lirycznym. Teraz poszliśmy krok dalej. Jest jeszcze dynamiczniej, trochę mocniej i bardziej eksperymentalnie. Mieszamy też gatunki i to w takiej formie, w jakiej lubię.

Wspomniałeś o różnych źródłach muzycznych inspiracji. Z tego co wiem zaczynałeś jako klawiszowiec w zespołach metalowych Darzamat i Division by Zero. Czy muzyka metalowa nadal ma wpływ na Twoją twórczość?

Jasne. Graliśmy z zespołem symfoniczny black metal, więc aranżacje, które budowaliśmy na potrzeby utworów były naprawdę pełne - czasami było tego aż za dużo. Pozostało mi więc takie „zboczenie muzyczne”, że cały czas chcę dorzucać do utworów więcej i więcej. W metalu wszystko musi być takie pompatyczne i epickie. Obecnie wychodzę jednak z założenia, że w wielu formach im mniej, tym lepiej. Bardzo istotne jest słowo, którego nie można zagłuszyć. Staram się wyciągnąć z każdego gatunku najlepsze elementy dla siebie. Z miłości do hip hopu wziąłem treść, a z muzyki metalowej zamiłowanie do aranżacji, nie zawsze oczywistych i szablonowych. Z kolei z muzyki popowej, bo lubię takich wykonawców jak Justin Timberlake i Bruno Mars, wziąłem nieprawdopodobny drive tej muzyki, czyli coś, co powoduje, że ten rytm w tobie pulsuje i od początku do końca danego numeru chcesz żyć tą piosenką. Jak się dobrze wsłuchać, w „Skok na bank” odnajdziemy dużo wspomnianych elementów.

Ale rozumiem, że nie zamierzasz growlować na nowym albumie?

Czasami w studiu robimy sobie takie eksperymenty, kiedy dopada nas głupawka po ósmej godzinie pracy. Wchodzę wtedy do studia i sprawdzam, jak brzmiałaby moja piosenka, gdybyśmy mocniej pocisnęli. Tak więc nie planuję, chociaż umiem growlować i nawet w pewnym momencie rozwijałem się w tym kierunku. Kiedyś prowadziłem swoje studio i nagrywałem masę kapel metalowych, którym starałem się podpowiadać, jak odpowiednio wydobyć z siebie te wszystkie jęki i trzaski. Potrzebna jest odpowiednia technika, by po dwóch latach nie chodzić ze zdartym głosem jak nauczyciel po 30 latach w trudnym technikum (śmiech).

W pewnym momencie poczułem, że nie mam już w sobie tego gniewu, który charakteryzuje muzykę metalową. Dlatego odszedłem z zespołu - nie miałem już za bardzo czego z siebie wyrzucać. Poszedłem w stronę muzyki filmowej czy instrumentalnej, miałem też epizody lekko jazzowe. Uspokoiłem tę swoją muzykę, a później przyszedł moment, w którym mam wrażenie, że wszystko we mnie dojrzało. Po 10 latach potrafiłem zamknąć za sobą drzwi i do tego nie wracać. Pamięcią do tego wracam, ale życiowo już nie. Staram się żyć tym co jest i tym co będzie. Stąd też taka ewolucja.

Wspomniałeś o tym, że prowadziłeś studio nagraniowe. Mógłbyś opowiedzieć więcej na ten temat?

Razem z moim przyjacielem Marcinem Blicharskim prowadziliśmy studio w Będzinie przy ulicy Małachowskiego. Mieliśmy firmę organizującą eventy, sesje zdjęciowe i zajmującą się marketingiem, a jednocześnie studio nagrań. Nagrywaliśmy tam reklamy i audycje, a później zajęliśmy się też nagrywaniem muzyki. Na samym końcu okazało się jednak, że nie jesteśmy gotowi na to, co sobie zaplanowaliśmy, czyli połączenie studia nagrań i firmy. Mimo to przez studio przewinęło się bardzo wielu fantastycznych ludzi. Mnóstwo młodych artystów, którzy mieli wielkie marzenia i myśleli, że po dwóch latach będą latali jumbo jetami. Od nich nauczyłem się, że tak nie można. Jeżeli podchodzi się do mikrofonu z nastawieniem, że zarobi się milion dolarów, to nie wiem, czy powinno się do niego podchodzić. Ludzie w dzisiejszych czasach umieją wyczuć fałsz.

Przez pewien czas tworzyłeś muzykę do filmów dokumentalnych. Jak wspominasz to doświadczenie?

Zawsze byłem olbrzymim kinomanem, uwielbiałem muzykę filmową. Zaraził mnie tym mój tata, kiedy kupił mi do pierwszego odtwarzacza CD soundtrack Ennio Morricone z „Misji”. W zespołach zajmowałem się budowaniem nastroju albumów przez aranżacje, więc naturalnym krokiem było myślenie, by wyjąć z tego gitarę i wokal i połączyć muzykę z obrazem. Poznałem człowieka, który bardzo mi zaufał, Maćka Muzyczuka. Był wtedy jednym z koordynatorów produkcji i prowadzącym program „Seryjni mordercy”. Temat był bliski mojej ówczesnej mrocznej wrażliwości, chociaż wymagał ode mnie naprawdę bardzo dużej sprawności kompozycyjnej. Postanowiłem się z tym zmierzyć i udało mi się, do dziś nie mam pojęcia jak. Dysponowałem jedynie poskładanym komputerem i prostym syntezatorem. Sam zajmowałem się kompozycją, aranżacjami i produkcją. Wychodziło to na tyle dobrze, że podpisaliśmy umowę na cały cykl, a po latach kupił go Discovery World. Do dzisiaj uważam to za jeden z przełomowych momentów w moim życiu. Tak bardzo to polubiłem, że robiłem to chyba z osiem lat i planuję za kilka lat do tego wrócić.

Bardzo chciałbym kiedyś stworzyć muzykę do filmu fabularnego. Zawsze byłem fanem Tima Burtona i Danny’ego Elfmana. Uważam, że są takie połączenia reżyser-kompozytor, których się po prostu nie zmienia. Do dzisiaj jak przypominam sobie każdy film Burtona, to słyszę początek muzyki do filmu i już doskonale wiem, że to jest Danny Elfman. Tego się nie da pomylić.

Czyli już wiem, skąd u Ciebie tatuaż z Edwardem Nożycorękim…

Tak, z Edwardem, gnijącą panną młodą i Frankenweeniem. Dużo moich tatuaży jest poświęconych Burtonowi, ale pojawi się ich jeszcze więcej, bo to jest facet, który do dzisiaj bardzo mnie inspiruje. Jako artysta jest jednostką totalnie wybitną. Można nie lubić tej formy pastiszu, ale uważam, że na pewno nie jest facetem, obok którego twórczości przejdziesz obojętnie. W pewnym momencie życia jego historie tłumaczyły mi, że jest na świecie miejsce dla ludzi, którzy są pozytywnymi wariatami i nie kalkulują, tylko od lat robią swoje. Tylko tacy wariaci potrafią tak zainspirować drugiego człowieka, że poświęca im się kawałek swojego ciała.

(Foto: Edmund Magdebursky)

Jesteś częstym bywalcem tzw. writing campów, które odbywały się między innymi w Amsterdamie, Londynie i na Santorini. Na czym dokładnie polegają te obozy i czym się tam zajmujecie?

Trzy lata temu pojechałem na pierwszy taki obóz kompozytorski do Londynu. Spotykasz obcych sobie ludzi, 50 osób jest dzielonych na trzyosobowe pokoje, wśród nich wokaliści, top-linerzy, tekściarze i producenci. Siadamy o godzinie 9 rano przy kawie, kończymy o północy lub o 2 w nocy przy piwie i w jeden dzień piszemy jedną piosenkę, od stworzenia kompozycji i tekstu po nagranie wokali i pełną produkcję. W jeden dzień robisz utwór z ludźmi, których nigdy wcześniej nie widziałeś na oczy. Na początku wydawało mi się nienormalne, bo lepiej pracować z ludźmi, których się zna. Dzięki temu nauczyłem się jednak, że nie liczy się dokładnie to, czy w tej piosence będzie więcej mojej melodii czy kogoś innego. Głównym celem na samym końcu jest piosenka, której wszyscy słuchamy i mówimy: „Wow, sam bym tego nie zrobił!”.

Od tamtego czasu udało mi się poznać na writing campach mnóstwo ludzi, np. Sigalę czy Steve’a Manovskiego. Ludzi, którzy produkowali muzykę dla Rudimental, Johna Newmana i Amy Winehouse. Piszemy do siebie na Facebooku czy Instagramie, zdzwaniamy się przez Skype’a lub raz na trzy miesiące spotykamy się, żeby popisać coś razem. To nieustająca wymiana informacji, emocji i doświadczeń. Rynek w każdym kraju jest inny, my np. mamy pewne uwielbienie do słowiańskiej melodyki. Oni tego nie znają i jak im pokazywałem słowiańską rdzenną muzykę, to byli zachwyceni i chcieli z tym dalej działać. Mam nadzieję, że jeszcze w tym roku co najmniej trzy-cztery razy wybiorę się gdzieś popisać utwory, czy to dla siebie, czy dla kogoś innego.

Domyślam się, że to dzięki obozom zacząłeś pracować z zagranicznymi producentami. 

Tak. Wcześniej mało dopuszczałem do swoich produkcji ludzi, których za dobrze nie znam. Po dwóch-trzech latach potworzyły się już jakieś relacje i wiem, że dalej będę pracował z takimi fantastycznymi ludźmi jak Netta Nimrodi i Arie Burshtein. Po raz pierwszy usłyszałem o nich na campie eurowizyjnym w Amsterdamie, gdzie byliśmy razem z Kasią Moś. Potem poznaliśmy się lepiej na campie w Sopocie (pierwszym w Polsce, organizowanym przez ZAiKS i Universal Music). Wchodząc do pokoju, spojrzałem na nich, oni na mnie, zagraliśmy 15 minut z gitarami i zacząłem się zastanawiać, gdzie byli całe moje życie. Mamy ze sobą świetny kontakt.

Piszesz też dużo utworów dla innych artystów, co na pewno wymaga wczucia się w ich emocje i podejście do świata. Czy łatwo jest tworzyć muzykę dla kogoś?

Mam takie podejście, przywiezione od chłopaków z Londynu, że pierwsze cztery godziny pisania piosenki to rozmowa o niej z artystą. Nie chcę pod koniec dnia czuć, że to jest moja piosenka. Chcę, żeby wykonawca ją czuł i bronił do końca życia jako swojej. Ja jestem od tego, żeby komuś doradzić i żeby ktoś skorzystał z mojego warsztatu. Mogę myśleć, że czyjeś przemyślenia są błędne, ale ta osoba ma 22 lata i pełne prawo, żeby tak uważać. Muszę wtedy wrócić myślami do momentu, kiedy ja tak myślałem i wiarygodnie to opisać. Tak było w przypadku Marty Gałuszewskiej czy Michała Szczygła, dla których pisałem piosenki na potrzeby programu „The Voice of Poland”. Pamiętam jak Michał powiedział mi, że nie chciałby być niewiarygodny w tym, co teraz napiszemy. Pomyślałem, że ten gość ma 19 lat i łeb na karku, bo podstawową rzeczą w muzyce jest to, by czuć własny repertuar. Napisaliśmy w trzy dni dwa utwory, które stały się dużymi przebojami, a ludzie czują, że to jest wiarygodne i prawdziwe. Tym bardziej, że Michał miał bardzo duży wpływ na swoją piosenkę, a Marta jako współautorka melodii jeszcze większy.

Często współpracujesz z młodymi artystami, w dużej mierze bardzo młodzi są też Twoi fani. Czego jako 36-latek uczysz się od nastolatków i młodych dorosłych?

Świeżego spojrzenia na życie. Często przypominają mi o tym, że życie może być czasami nieodpowiedzialne i naiwne. W pewnym momencie, jak miałem 33 lata, wpadłem w taką pętlę wstawania rano i mechanicznego wykonywania pewnych zadań, które wiem, że prowadzą mnie w danym kierunku. O ile to jest fajne w biznesie i marketingu, o tyle jest bardzo niedobre dla procesu twórczego. Młodzi pokazują mi, że muzyka to przede wszystkim zabawa. Dalej uważam, że mam jeszcze w życiu bardzo dużo do zrobienia. W ostatnim czasie miałem okazję pracować z Urszulą. Spotkaliśmy się na jednym z campów, gdzie przyjechał znajomy producent ze Szwajcarii i w ten sam dzień napisaliśmy jej nowy singiel. To działa dobrze na wszystkich, bo mam wrażenie, że pracując z bardzo doświadczonym wokalistą, to ja jestem dla niego świeżą krwią, która otworzy mu w głowie pewne furtki.

(Foto: Edmund Magdebursky)

Swego czasu dużo przesiadywałeś na siłowni i przeszedłeś sporą metamorfozę. Jaką rolę odgrywa w Twoim życiu sport?

Ubolewam nad tym, że od pół roku, najpierw z powodu kontuzji barku, a potem bardzo zintensyfikowanej pracy, nie mogłem poświęcać temu tyle czasu jak przez poprzednie dwa lata. Wcześniej potrafiłem trenować sześć razy w tygodniu. Teraz już tak dobrze nie jest, ale planuję od początku sierpnia wrócić do trenowania przynajmniej raz dziennie przez pięć dni w tygodniu. Któregoś dnia rano, w czasach gdy graliśmy masę koncertów, spojrzałem w lustro i pomyślałem, że coś jest ze mną nie tak. Stanąłem na wagę, zobaczyłem, ile ważę i zwariowałem - nigdy nie sądziłem, że mógłbym tyle ważyć. Byłem młody, gniewny i pociągnął mnie rock'n'roll. Nie stroniłem od bardzo niezdrowego jedzenia, alkoholu i fajek. Z dnia na dzień czułem się coraz gorzej.

W końcu chwyciłem torbę, założyłem stare dresy i buty i postanowiłem zrobić coś ze swoim życiem. Byłem tak totalnie zajechany, że skończyło się dwoma omdleniami w pierwszych trzech tygodniach, ale potem weszło mi to w krew. Kiedy jednak zszedłem z 108,5 kg do 69 kg, zauważyłem, że przeginam w drugą stronę. Co dwa tygodnie mierzyłem, czy przypadkiem nie mam za dużo tkanki tłuszczowej, chociaż i tak miałem prawie same mięśnie i kości. Przesadzając w drugą stronę, znów nie miałem na nic siły. Byłem po jednej stronie, byłem po drugiej, więc teraz mam zamiar stanąć w środku. Nie muszę się każdemu podobać i nie mam parcia, żeby chodzić z kaloryferem na brzuchu. Natomiast chciałbym trzymać się w dobrej formie fizycznej, bo wiem, że dzięki temu będę zdrowszy i będę mógł więcej pracować.

Dużo podróżujesz, nie tylko w celach zawodowych. Jakie miejsce mógłbyś nazwać swoim „rajem na ziemi”?

To jest najprawdopodobniej miejsce, którego jeszcze nie odwiedziłem. Są takie dwa. Jeden region to Kalifornia, którą zawsze chciałem zobaczyć. Cały czas czekam jednak na moment, kiedy będę mógł to zrobić ze zdrową głową. Dzisiaj boję się, że jestem do tego stopnia nienormalny, że mógłbym nagle stwierdzić, że chcę tam mieszkać. Zawsze marzyłem też, żeby odwiedzić Japonię, bo ta kultura w pewnym momencie życia była dla mnie bardzo ważna i inspirująca. Uwielbiam filmy Kurosawy i dużo czytałem o samurajach, więc chciałbym tam polecieć. Podróże otwierają głowę. Śmieję się, że zjechałem pół świata, grając z zespołem, ale nigdy nie widziałem go inaczej niż zza szyby busa. Teraz kiedy mam okazję polecieć sobie gdzieś na cztery dni, to np. jestem w Amsterdamie siódmy raz, ale po raz pierwszy mogę naprawdę zobaczyć miasto.

Twoje dotychczasowe płyty to „13”, „2/2” i „11”. Czy kolejna też będzie miała liczbowy tytuł?

Chcemy odejść od tematu, aczkolwiek nie do końca. Jest już pomysł na nazwę nowej płyty - jedni będą ją odczytywać jako literę, drudzy jako liczbę. Chciałbym zamknąć drzwi za tamtymi trzema albumami. Śmieję się, że tamte trzy to było takie the best of tego, co mam w głowie. Były tam bardzo różne piosenki, chociaż „11” miała już więcej spójnych treści. Teraz stawiam przede wszystkim na równość materiału. Nie chcę mieć później odczucia, że można było coś dodać lub ująć. Chcę ją zrobić dokładnie tak jak ją słyszę w głowie i wtedy dać pod ocenę ludzi. Bez kalkulacji. Ważne, żebym ja czuł się z tą płytą dobrze.

Planujesz jakieś duety?

W planach jest bardzo dużo kolaboracji. Jedna już powstała - z Malikiem Montaną nagraliśmy utwór promujący DSF Kickboxing Challenge, który ma się stać hymnem federacji. To dla mnie duże wyróżnienie. Niedługo pojawi się z klipem w sieci. Potem jeszcze jedna kolaboracja z innym raperem, a następnie z fantastyczną artystką, moją muzyczną przyjaciółką od serca, ale na razie nie mogę więcej zdradzać. Te trzy rzeczy na pewno się wydarzą. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, płyta ukaże się jeszcze w tym roku. Chciałbym, żeby była moją wizytówką i takim nieformalnym debiutem.


Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej na temat Patryka Kumóra i jego muzycznej kariery, zajrzyjcie na jego oficjalną stronę:
https://www.facebook.com/PatrykOfficial/
https://www.instagram.com/patrykkumor/

piątek, 10 sierpnia 2018

Interview with Don Diamont

Don Diamont is an American actor, best known for playing Brad Carlton in "The Young and the Restless" and Bill Spencer Jr. in "The Bold and the Beautiful". He was also working as a model for several years and in 1990 was chosen as one of the 50 most beautiful people in the world by "People Magazine". Recently he released a book "My Seven Sons and How We Raised Each Other" about him being a father of seven boys. In the interview, Don Diamont is talking about his modeling career, playing in soap operas, fatherhood and favourite sports.


You started your career from modeling in the early 1980s, at the time when male modeling was becoming popular. What are your favourite memories from photoshoots, fashion shows and commercial campaigns?

I suppose going to Paris at 19 years old having never been abroad and not speaking the language. Being in such a foreign situation was a really eye-opening and extraordinary time. One shoot that really sticks out was with legendary fashion photographer Herb Ritts for a Gianfranco Ferré print ad campaign.

From 1985 to 2008 you played the role of Brad Carlton in an American soap opera "The Young and the Restless". Your character went from being a gardener to being a prosperous businessman. What is it like to play one character for almost 25 years? Has this role affected your personality in any way?

"The Young and the Restless" was a tremendous opportunity. It was a wonderful experience because it allowed me to grown and evolve in a way that other mediums don’t allow. And I have no issue separating the character from my real life.

After your departure from "The Young and the Restless" you started playing Bill Spencer Jr. in "The Bold and the Beautiful". He is described as "devilish" and "ruthless". Do you remember your first day on the set of this show? What do you like most about Bill and his behavior?

My first day on the set was very exhilarating. I felt comfortable in Bill's shoes. I was very excited for the character to be in scenes with Susan Flannery who played Stephanie Forrester.

"The Bold and the Beautiful" is very popular in Poland and you have a lot of fans there. Do you have any special memories associated with your Polish fans? 

I really haven't had an opportunity to meet my Polish fans and I hope down the road maybe we could do a location shoot in Poland so we could have an opportunity to interact with them.


In May 2018 you released a book "My Seven Sons and How We Raised Each Other", which is a sort of a memoir or autobiography about your fatherhood experience. It is very touching and personal. Was it difficult for you to share private and even intimate facts from your life with your fans?

The process itself was difficult. Going through the minutia of some very painful experiences of my life took a lot of effort.

In the title of the book you say that you and your seven sons raised each other. What are the most important things that you learned from your children?

Patience, I guess, and in some ways you have to approach every child differently. Personalities and temperaments. Kids aren’t cookie cutter.

You were and still are a very keen sportsman and you share the love for sports with your sons. What are your favourite activities to stay healthy and in shape?

I do a lot of cardio and continue to lift weights. I've spent some time boxing and swimming.

Can you tell us something more about your plans for the foreseeable future? 

I don't have a grand plan. Just to continue to enjoy my family and appreciate playing Dollar Bill. I'm thankful for my blessings.


If you want to learn more about Don Diamont and his acting career, please visit his official website:

Wywiad z Donem Diamontem

Don Diamont jest amerykańskim aktorem, znanym przede wszystkim z ról Brada Carltona w „Żarze młodości” i Billa Spencera Jr. w „Modzie na sukces”. Przez kilka lat pracował również jako model, a w 1990 został wybrany jednym z 50 najpiękniejszych ludzi na świecie w rankingu magazynu „People”. Niedawno wydał książkę „My Seven Sons and How We Raised Each Other”, w której opisuje swoje ojcowskie doświadczenia z siedmioma chłopcami. W wywiadzie Don Diamont opowiada o swojej karierze w modelingu, graniu w operach mydlanych, ojcostwie i ulubionych sportach.


Zaczął Pan swoją karierę na początku lat 80. od pracy modela, w czasach gdy męski modeling dopiero zaczynał być popularny. Jakie są Pana ulubione wspomnienia z sesji zdjęciowych, pokazów mody i kampanii reklamowych?

Myślę, że wyjazd do Paryża w wieku 19 lat - nigdy wcześniej nie byłem za granicą i nie znałem języka. Znalezienie się w takiej sytuacji było dla mnie naprawdę niesamowite i otworzyło mi oczy. Z kolei z sesji zdjęciowych na szczególne wyróżnienie zasługuje sesja z legendarnym fotografem modowym Herbem Rittsem w ramach kampanii reklamowej Gianfranco Ferré.

Od 1985 do 2008 grał Pan Brada Carltona w amerykańskiej operze mydlanej „Żar młodości”. Pana postać przeszła drogę od ogrodnika do zamożnego biznesmena. Jak to jest grać jedną postać przez prawie 25 lat? Czy ta rola wpłynęła jakoś na Pana osobowość?

„Żar młodości” był dla mnie ogromną szansą. To było wspaniałe doświadczenie, ponieważ pozwoliło mi dojrzeć i ewoluować w sposób, w jaki nie pozwalają inne media. Nie miałem jednak żadnego problemu z oddzieleniem tej postaci od mojego prawdziwego życia.

Po odejściu z „Żaru młodości” zaczął Pan wcielać się w Billa Spencera Jr. w „Modzie na sukces”. Pana bohater jest opisywany jako „demoniczny” i „bezwzględny”. Pamięta Pan swój pierwszy dzień na planie serialu? Co najbardziej podoba się Panu w Billu i jego zachowaniu?

Mój pierwszy dzień na planie był bardzo przyjemny. Poczułem się komfortowo w skórze Billa. Szczególnie ekscytowało mnie to, że moja postać będzie grała z Susan Flannery, która wcielała się w Stephanie Forrester.

„Moda na sukces” jest bardzo popularna w Polsce i ma Pan tu sporą grupę fanów. Czy ma Pan jakieś specjalne wspomnienie związane ze swoimi polskimi fanami?

Tak naprawdę nie miałem szansy poznać moich polskich fanów i mam nadzieję, że być może w przyszłości będziemy kręcić sceny plenerowe w Polsce i wtedy będziemy mieli szansę z nimi porozmawiać.


W maju 2018 wydał Pan książkę „My Seven Sons and How We Raised Each Other”, która jest rodzajem pamiętnika lub autobiografii o Pana rodzicielskich doświadczeniach. To bardzo osobista i wzruszająca historia. Czy miał Pan trudności z podzieleniem się prywatnymi, a nawet intymnymi momentami z życia ze swoimi fanami?

Sam proces pisania był bardzo trudny. Wchodzenie w szczegóły pewnych bardzo bolesnych doświadczeń z mojego życia kosztowało mnie wiele wysiłku.

Tytuł książki mówi, że Pan i Pana siedmiu synów wzajemnie się wychowaliście. Jakie są najważniejsze rzeczy, których nauczył się Pan od swoich dzieci?

Myślę, że cierpliwość i to, że w niektórych sprawach musisz do każdego dziecka podchodzić indywidualnie. To różne osobowości i temperamenty. Dzieciaki nigdy nie są szablonowe.

Był Pan i nadal jest zapalonym sportowcem i dzieli się Pan miłością do sportu ze swoimi synami. Jakie są Pana ulubione aktywności, by zachować zdrowie i formę?

Robię dużo treningów cardio i cały czas podnoszę ciężary. Spędzałem też dużo czasu na trenowaniu boksu i pływaniu.

Czy mógłby Pan powiedzieć coś więcej o swoich planach na najbliższą przyszłość?

Nie mam jakiegoś wielkiego planu. Po prostu chcę nadal cieszyć się moją rodziną i czerpać radość z grania Dollar Billa. Jestem wdzięczny za błogosławieństwa, które dostałem od losu.


Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej na temat Dona Diamonta i jego aktorskiej działalności, zajrzyjcie na jego oficjalną stronę:
https://www.instagram.com/dondiamont/