poniedziałek, 24 czerwca 2019

Rozmowa z Michałem Kurkiem

Michał Kurek jest młodym aktorem z Lubaczowa, który niedługo rozpoczyna ostatni rok studiów w Akademii Sztuk Teatralnych im. S. Wyspiańskiego w Krakowie - Filia we Wrocławiu. Zagrał epizodyczne role w serialach „Na sygnale” i „Ślad” oraz w filmie „Najlepszy”, zaś popularność przyniosła mu rola Czarka Łomacza w serialu „Na Wspólnej”. Ponadto jest laureatem wielu konkursów recytatorskich, a niedawno zadebiutował jako juror na finale 64. Ogólnopolskiego Konkursu Recytatorskiego. W wywiadzie Michał opowiada między innymi o swojej fascynacji aktorstwem i teatrem, roli w „Na Wspólnej”, konkursach recytatorskich i planach na przyszłość.

(Foto: RadkoWy)

Jeszcze zanim wstąpiłeś do Akademii Sztuk Teatralnych we Wrocławiu działałeś w szkolnym kabarecie w Lubaczowie. Skąd pojawiło się u Ciebie zainteresowanie aktorstwem? 

Rzeczywiście zaczęło się od tego, że w klasie trzeciej gimnazjum założyliśmy grupę kabaretową Strata Czasu. Okazała się ona hitem nie tylko w naszym gimnazjum, ale i w naszym mieście. Zaczęliśmy jeździć po różnych festiwalach kabaretowych i wygrywać nagrody. W międzyczasie zacząłem czuć w sobie jakąś liryczną stronę. W końcu nauczycielka trochę na siłę zaciągnęła mnie na konkurs recytatorski poezji księdza Jana Twardowskiego. Nie miałem pojęcia o literaturze, więc wziąłem tekst „Śpieszmy się kochać ludzi”, bo znali go wszyscy, i dostałem na tym konkursie pierwszą nagrodę. Potem okazało się, że dyrektorka i przewodnicząca jury była przyjaciółką mojej mamy (śmiech). Wkręciłem się jednak w ruch recytatorski na maksa i zacząłem jeździć na profesjonalne kilkudniowe konkursy recytatorskie m.in. w Skarżysku Kamiennej, Szczecinie i Opolu. Wygrałem mnóstwo nagród na takich konkursach, więc to, że zaczęło się od przekrętu, jakoś mnie nie boli. Wtedy pomyślałem też, że chcę próbować sił w aktorstwie.

Ostatnio pierwszy raz uczestniczyłem jako juror na finale 64. Ogólnopolskiego Konkursu Recytatorskiego, będąc najmłodszym jurorem w historii konkursu. To dla mnie ogromny kredyt zaufania.

Wspomniałeś o licznych nagrodach. Podobno masz ich już na koncie ponad 120.

Moi znajomi się już z tego śmieją i wysyłają w komentarzach do zdjęć hashtagi #119, #120, #121… W zeszłym roku na pewno było już 121, ale wydaje mi się, że teraz są już 123. W końcu przestałem to liczyć.

Bardziej czujesz się recytatorem czy aktorem?

Dla mnie aktor jest rzemieślnikiem, bo gra role i realizuje zadania, które wyznacza mu reżyser. Recytator pracuje zaś nad tekstem sam, aby opowiedzieć własną historię. Dla mnie to jest bardziej artyzm. Tak więc czuję się tym i tym, ale osobno - moim zdaniem to się trochę nie łączy.

Ostatnio zaprezentowałeś swój autorski monodram „W imię”, więc można powiedzieć, że byłeś rzemieślnikiem swojego własnego dzieła.

Dokładnie tak. To było jedną nogą w recytacji, jedną w aktorstwie. Był to mój dyplom indywidualny w Akademii Sztuk Teatralnych, ale sięgnąłem po materiał literacki, który od dawna chodził mi po głowie. Cały monodram składał się z dziewięciu scen. Były tam sceny monologowe-recytatorskie, które były hołdem dla recytacji, sceny bardzo formalne, będące hołdem dla szkoły i tego, czego się w niej nauczyłem, ale też fragmenty filmów, w którym miałem okazję podziałać - hołd w stronę rzeczy zrealizowanych przeze mnie na ekranie. Starałem się skondensować całą swoją drogę w jednym utworze.

Taka trochę autobiografia? 

Trochę tak, ale cały monodram opowiada o relacji ojca z synem. Muszę jednak powiedzieć, że ten ojciec monodramowy nie ma nic wspólnego z moim. Udało mi się jednak „sprzedać” tę opowieść tak wiarygodnie, że wszyscy myślą, że to o mojej rodzinie.

Jeśli chodzi o aktorstwo i recytację, działasz też jako nauczyciel i dzielisz się swoim talentem. 

Właśnie zaczynają się egzaminy wstępne do szkół teatralnych i mam kilku swoich kandydatów. W zeszłym roku udało mi się wprowadzić do szkoły jedną dziewczynę. Bardziej skupiam się jednak na przygotowywaniu recytatorów na konkursy i festiwale żywego słowa. Jeżeli ktoś chce zdawać do szkoły, to zawsze namawiam, aby jeździł też na konkursy, bo to jest zawsze spotkanie z widownią, a tekst na konkurs recytatorski aż tak bardzo nie różni się od tekstu, który musisz przygotować na egzamin. Sam też cały czas się dokształcam, m.in. u logopedy Barbary Sambor, bo uważam, że aktor stale powinien się rozwijać. Dopóki mogę tę dykcję i głos jeszcze trochę podkolorować, to staram się to robić.

(Foto: Tomasz Piotrowski)

Po kilku epizodach w serialach otrzymałeś większą rolę w „Na Wspólnej”, gdzie wcieliłeś się w postać nastoletniego geja Czarka. 

Czarek jest moją największą rolą serialową z kilku powodów. Po pierwsze jest to chyba najbardziej oglądany serial z tych, które popełniłem. Poza tym to dość długi wątek z nadzieją na kontynuację i dosyć trudna rola. Jej trudność nie przejawia się w tym, że Cezary „kocha wyjątkowo”, ale w tym, że to jest 15-16-latek, a ja mam tych naście lat dawno za sobą. To są jego pierwsze zauroczenia, problemy z rówieśnikami i prześladowanie w szkole. Też problem z ojcem, który wyrzeka się syna. To są trudne emocje do zagrania nawet dla dorosłego człowieka, a jeszcze trzeba to przerobić na umysł nastolatka. Granie nastolatków sprawia mi jednak dużą radość i chciałbym to robić jak najdłużej. Dobrze się konserwuję (śmiech).

Ale chyba nie rezygnujesz całkowicie z doroślejszych i poważniejszych ról?

Nie rezygnuję, ale mam na to jeszcze czas. Poza tym nie chciałbym robić czegoś, co byłoby sztuczne. Raz przygotowałem na konkurs recytatorski monolog alkoholika. Jurorzy powiedzieli, że jak zamknęli oczy i słyszeli ten głos, to wszystko było w porządku, ale jak zobaczyli twarz, to było niewiarygodne. Nie chciałbym przyjmować ról tylko dlatego, że koniecznie chciałbym je zagrać. Jeżeli czułbym, że nie będę w tym wiarygodny lub moja twarz kłóci się z jakimś wiekiem, to nie chcę robić kiepskich rzeczy.

Wracając do Czarka… Wątki homoseksualne w polskich serialach nadal należą do rzadkości i uważane są za odważne. Nie miałeś żadnych dylematów związanych z przyjęciem tej roli?

Nie, żadnych. Jak mój znajomy powiedział mi, o co będzie chodziło, wiedziałem, że zrobię to dobrze. Nie mam z tym tematem żadnego problemu. Szkoła teatralna uczy tolerancji i wyrozumiałości. Uczyło się tam wiele osób homoseksualnych i nie miało to żadnego znaczenia. To jest tak jak z wiarą czy polityką. Jeżeli ktoś jest dobrym człowiekiem, to się szanujemy, a jeżeli ktoś jest burakiem, to nieważne, czy będzie gejem czy ateistą, po prostu będzie burakiem. Wiem jednak, że aktorzy często boją się takich ról, ale jeżeli coś jest ciekawe i dobrze napisane, a mi się te sceny podobały, to czemu nie.

Te sceny były bardzo subtelne i zrealizowane ze smakiem.

Właśnie o to chodzi! Gdyby to był przegięty gej, na pewno bym tego nie wziął. Gdyby ta rola kogokolwiek obrażała, ośmieszała lub poniżała, w życiu bym się na nią nie zgodził. Czytając scenariusze, widziałem, że Czarek jest fajny i można go polubić. Ubiera się i zachowuje normalnie, jest najlepszym piłkarzem w drużynie, ma mnóstwo kolegów i wszyscy go lubią zanim wychodzi prawda na jego temat. Czarek jest dobry dla Franka i staje w jego obronie, kiedy nie jest to jeszcze podszyte jakąś większą sympatią. Po prostu jest dobrym człowiekiem. Poza tym jego sceny z ojcem czy z Frankiem, kiedy przychodził do szpitala, były naprawdę wzruszające.

Do tego jeszcze nie pokazano Czarka od razu jako homoseksualistę, tylko stopniowo wprowadzano ten wątek.

Dzięki temu od razu dał się polubić. Niektórzy fani serialu jednak od początku podejrzewali, że „coś z nim będzie nie tak”... Tylko co znaczy „nie tak”?  Miałem wcześniej kilka propozycji ról homoseksualnych i jak widziałem od razu lateks, panterkę i smycze, to wiedziałem, że to nie jest do zrobienia. Jeżeli ktoś ma takie postrzeganie homoseksualizmu, to zatrzymał się myśleniem w alternatywnym średniowieczu.

Czyli granicą w przyjmowaniu roli jest dla Ciebie szacunek dla godności człowieka?

Tak. Nie przyjmę roli, która kogoś obraża, godzi w jakąś grupę społeczną lub wyśmiewa jakiś zawód. Owszem możemy śmiać się z siebie-Polaków, nauczycieli czy matek ich klasycznymi tekstami, ale jest granica dobrego smaku, której wolałbym nie przekraczać.

Wspomniałeś o posiadaniu homoseksualnych znajomych. Konsultowałeś z kimś tę rolę czy zdałeś się na własną intuicję?

Nie, zdałem się na intuicję. Obrałem sobie taką taktykę, że nie chcę tego grać. Uznałem, że zaprezentuję normalnego nastolatka, a jego inność będzie tylko w słowach. Uważam, że ludzie powinni przestać się wzajemnie kategoryzować ze względu na jakiekolwiek przekonania, wyznania czy inność.

Na planie serialu miałeś wiele scen z Natanem Czyżewskim. Jak jako starszy kolega po fachu oceniasz pracę z nim i jego grę aktorską? 

Bardzo pozytywnie! Wspomnicie moje słowa: Natan będzie jeszcze tak wymiatał, że będzie miał dwa telefony, żeby mógł rozmawiać o kilku propozycjach aktorskich jednocześnie. Zresztą już w 2013 zagrał w jednym z pierwszych filmów przygodowych o dzieciach „Gabriel”, który bardzo mi się podobał.

(Foto: Kornelia Kurasz)

Z tego co wiem, zagrałeś niedawno w filmie Tomasza Stuleblaka „Wianki”. Czy mógłbyś opowiedzieć coś więcej na jego temat?

„Wianki” mają podobną stylistykę barw jak w filmie „Tamte dni, tamte noce” Luki Guadagnino. To opowieść o 17-letnim Adamie i 34-letniej Dorocie, którzy wyjeżdżają razem na wakacje. Film bazuje na tym, że dopiero w ostatniej scenie okazuje się, kim jest Dorota dla Adama. Przez cały film nie wiadomo, czemu są ze sobą blisko, a czemu jednak nie aż tak blisko.

A jakieś kolejne filmowe propozycje?

8 czerwca zaczęliśmy zdjęcia do nowego, czarno-białego filmu Martyny Majewskiej „Maria nie żyje”. Na razie nie zdradzam fabuły, ale myślę, że będzie co oglądać. Z kolei w marcu popełniłem film krótkometrażowy „Ojcowizna”, który nadal czeka na datę premiery. To też ciekawa historia, bo odbywa się na początku XX wieku, równolegle z czasami wojennymi w zapomnianej osadzie. W ciągu ostatniego roku miałem okazję podziałać w bardzo różnych projektach. Poza tym recytacja, debiut w teatrze i dwa dyplomy w szkole teatralnej.

Przejdźmy może do debiutu w teatrze. W marcu 2019 zagrałeś Mateusza Lewiego i Mogarycza w spektaklu „Mistrz i Małgorzata” w Teatrze im. Siemaszkowej w Rzeszowie. Jak dołączyłeś do obsady tej sztuki?

Zaczęło się od tego, że równolegle z „Na Wspólnej” zacząłem pracę nad dyplomem w szkole teatralnej „Zabójca czasu” w reżyserii Maćka Prusaka. Na premierze podszedł do mnie reżyser Cezary Iber, z którym praca zawsze była dla mnie marzeniem. Poczułem wtedy, że to jest ten dzień. Powiedział, że planuje robić „Mistrza i Małgorzatę” i bardzo chciałby mnie zaprosić do swojego zespołu. Cieszę się, że mogłem zagrać Mateusza Lewiego, bo miał kilka fraz, które pięknie brzmią na scenie. Poza tym sztuka była wystawiana w teatrze w Rzeszowie, a ja jestem z Podkarpacia, więc jest to teatr, na którym się wychowywałem.

Co bardziej fascynuje Cię w teatrze - wchodzenie w role czy operowanie słowem?

Trudno na to pytanie odpowiedzieć. Bardzo mi się podoba sama praca nad spektaklem, czyli jeszcze próby stolikowe, kiedy analizujemy tekst miliard razy i odkrywamy w nim rzeczy, których z pozoru nie ma i funkcjonują na granicy domysłu. W ruchu recytatorskim jest taka świetna kategoria „Wywiedzione ze słowa” - pokazanie w słowach czegoś, czego nie ma, np. kiedy bajka „Lokomotywa” staje się monologiem striptizerki.

(Foto: RadkoWy)

Podchodzisz do zawodu aktora bardzo poważnie. Zanim jednak dostałeś się do szkoły aktorskiej przez rok studiowałeś na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym.

To był hit! Kiedy w liceum brałem udział w Ogólnopolskim Konkursie Recytatorskim, musiałem się w kilku słowach zapowiedzieć. Napisałem: „Moim marzeniem jest szkoła teatralna, a jak się nie uda, to coś łatwiejszego, może medycyna”. Wszyscy zaczęli się śmiać, ale tuż przed maturą uznałem, że faktycznie zdaję na medycynę. Ludzie mówili, że mi się nie uda, ale zmobilizowałem się. Czytałem praktycznie 24 godziny na dobę biologię i chemię, rozwiązywałem zadania jak głupi i się udało. Do szkoły teatralnej dostałem się dopiero za drugim razem, więc rok postudiowałem na uniwersytecie medycznym. Odchodząc z uniwersytetu, strasznie płakałem, bo poznałem fantastycznych ludzi. Odszedłem tylko dlatego, że cele były jasne: idę do szkoły teatralnej, jeśli nie za pierwszym razem, to za drugim lub trzecim. Na razie moje studia są zamrożone, ale mam pięć lat na powrót, więc zawsze mogę wrócić.

Nadal uważasz, że medycyna jest prostsza niż teatr?

Każdy ma inne predyspozycje. Uważam, że studia są porównywalne pod względem wymagań, ale są one zupełnie inne. Szkoła teatralna zmusza cię wręcz do poświęcenia 24 godzin doby na próby i zajęcia. W szkole medycznej było bardzo mało zajęć, ale dużo czasu trzeba było poświęcić na samotną naukę w domu. W szkole teatralnej pracujesz z drugim człowiekiem, nie zawsze się lubicie i dogadujecie. Na WUM-ie pisało się kolokwium i dostawało punkty za wiedzę, a w szkole teatralnej obiektywność jest sumą subiektywnych opinii. Jak ktoś cię nie lubi, to możesz przynieść nawet oscarową produkcję i wyjść z trójką.

Czyli chcąc tam być, musisz umieć znosić krytykę i lubić ludzi?

Tak, bo inaczej będziesz się męczyć. Szkoła teatralna nauczyła mnie dawać wszystkim pierwszą szansę. Abym kogoś nie lubił i nie chciał z kimś współpracować, ta osoba musi sobie na to zapracować. Ludzie są różni, ale każdy ma na początku czyste konto.

Mówiłeś, że w ramach aktorstwa też tańczysz, a z tym wiąże się muzyka. Jak mógłbyś opisać swój gust muzyczny?

Moja playlista na Spotify jest bardzo złożona. Abstrahując od tego, że obejmuje wszystkie możliwe kraje, obejmuje też różne style muzyczne: szeroko rozumiany pop, lżejszy rock, trochę mocniejszych brzmień jak Guns N’Roses i od czasu do czasu hip hop. Może poza disco polo, ale na weselu jest ono jak najbardziej mile widziane. Z racji tego, że jestem po szkole muzycznej, słuchałem też dużo muzyki klasycznej.

Wspomniałeś o szkole muzycznej. Grasz czy śpiewasz?

Gram, śpiewam i tańczę. Skończyłem szkołę w klasie akordeonu. Chciałem śpiewać i grać na fortepianie, ale moich rodziców nie było stać na fortepian czy pianino. W domu był akordeon, bo mój tata na nim grał, więc rodzice powiedzieli, żebym poszedł na ten instrument. Męczyłem się jak cholera, ale wiedziałem, że od drugiego roku będę miał jako dodatkowy instrument fortepian i rodzice w końcu będą musieli mi kupić chociaż organki. Kończąc szkołę teatralną, miałem egzamin z piosenki aktorskiej i przygotowywałem w autorskiej aranżacji „Beksę” Rojka przy własnym akompaniamencie fortepianu. Tak więc szkoła muzyczna rzeczywiście się przydała.

Planujesz rozwijać się muzycznie i np. stworzyć kanał na Youtubie z własną muzyką?

Nie. Uważam, że teraz jest taka plaga śmieci na Youtubie, że mój kanał jest tam co najmniej zbędny. Nadal zdarza mi się jednak śpiewać. W „Mistrzu i Małgorzacie” mam kilka fraz śpiewanych, śpiewane fragmenty były też w moim monodramie. A jak nie na scenie, to mam prywatne koncerty pod prysznicem! (śmiech)


(Foto: Tomasz Piotrowski)

Czarek z „Na Wspólnej” bardzo dobrze gra w piłkę nożną. A jakie są Twoje ulubione sporty?

Jak moi znajomi dowiedzieli się, że gram piłkarza, to do dzisiaj się z tego śmieją. Zawsze byłem najgorszy z wf-u. Raz mi dali kulę do ręki, to rzuciłem tak, że mój kolega dostał w głowę i nie wiem, czy do dziś nie ma blizny. Od roku jednak chodzę regularnie na siłownię, bo w moim zawodzie kondycja i sylwetka są bardzo ważne. Schudłem 13 kilogramów - 17 razy w miesiącu chodziłem na siłownię, żeby doprowadzić się do ładu. Na co dzień nie uprawiam żadnego konkretnego sportu, ale bardzo chętnie chodzę z przyjaciółmi na orlik pograć w kosza lub w siatkę. W domu rodzinnym lubię z kolei pobiegać, bo mam w pobliżu las, spokój i ciszę.

Masz jakieś swoje ulubione miejsce w Lubaczowie?

Konkretnie w Lubaczowie nie, ale pod Lubaczowem w Horyńcu Zdroju jest piękny zalew z jeziorem. To takie miejsce, gdzie mogę się wyciszyć i pobyć sam ze sobą. Siadam wtedy na ławce i odpalam JBL-a z muzyką.

O swoich fanach w mediach społecznościowych piszesz „norki i norniki”. Skąd to się wzięło?

Miałem kiedyś przyjaciółkę Anię, która w pewnym momencie, gdy wszystkie zdrobnienia się skończyły, zaczęła mówić do mnie „kurra”. Strasznie mnie to denerwowało, więc powiedziałem jej: „Jakbyś się czuła, gdybym mówił do ciebie „norko”?” i zacząłem tak do niej mówić. Później do wszystkich zacząłem mówić „norko”, a jak mnie ktoś zdenerwował to „nor” lub „nornik ostateczny”. Ktoś to podłapał i tak właśnie powstały „Norki Michała”.

Wspomniałeś o kilku projektach filmowych, które już niedługo będziemy mogli zobaczyć. Jakie są jeszcze Twoje plany na przyszłość?

Chciałbym znaleźć chwilę dla siebie na wakacje, najlepiej za granicą. Od lipca przeprowadzam się do Warszawy, a od września zaczynam spektakl w Poznaniu. Chciałbym zrobić ze stolicy swoją bazę wypadową. Niedawno znalazłem też nowego agenta, więc mam nadzieję, że ruszy jeszcze więcej ciekawych rzeczy.


Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej na temat Michała Kurka i jego aktorskiej działalności, zajrzyjcie na jego oficjalną stronę:
https://www.instagram.com/themichael16/

piątek, 7 czerwca 2019

Interview with Stanislav Yanevski

Stanislav Yanevski is a Bulgarian actor well-known for the role of Viktor Krum in "Harry Potter and the Goblet of Fire". He also starred in such films and TV series as "Hostel: Part II", "Resistance" and "Pod prikritie" ("Undercover"). He attended Mill Hill School in the United Kingdom and lived in Israel for several years. In the interview, Stanislav is talking about his adventure with "Harry Potter", acting career, healthy lifestyle and plans for the future.


You started your acting career in 2005 from the role of Viktor Krum, a Quidditch player from Bulgaria, in "Harry Potter and the Goblet of Fire". How did you become a part of this legendary fantasy film? 

This was very long ago. I was at school when they were casting for various roles for the films. I happened to be at the right place and at the right time to bump into one of the films casting agents, who noticed me and asked me straight away to go for a casting. After several meetings, which were over quite a long period of time, they gave me the call with the good news that I had been chosen to portray Krum out of more than 3500 different favorites for the role. It was an amazing feeling.

On the set of "Harry Potter and the Goblet of Fire" you had a chance to meet such big names as Ralph Fiennes, Maggie Smith and Alan Rickman. What was the most exciting thing about being a member of the "Harry Potter" cast? 

There are many big names of world-known actors and actresses in the "Harry Potter" cast. It was at first scary and I was cautious talking to many of them but after they all showed how much they loved being around us and how much of a wonderful time we were having and going to have together filming these films I became more confident. I always looked up to them all and tried to learn as much as possible from each one of them. It was an absolute honor working on a project with so many big names and wonderful people.

Do you keep in touch with anyone from the film? 

Yes, I do stay in touch with quite a lot of people from the film. Not only cast but also crew. We were on it for such a long time that we were bound to create big friendships. We are lucky to have conventions happening all around the world that we travel to and get time to catch up. We have the best fans ever supporting us!

After "Harry Potter" you played in some Bulgarian films and TV series like "Pod prikritie", "Stolichani v poveche" and "XIa". How does making a film in Bulgaria look like? Is it much different from making a film in the UK?

Yes, I recently had another Bulgarian film come out and to be honest I've been pretty fortunate to have continued getting roles and keep rolling in the business. I love acting and I love my job, so as long as I'm in it, I can say I'm a happy man.

Filming is a mechanical process, movie making in general, however different films have different crews, different locations, different cast etc., which makes every project very unique. It's nice filming in my native language and at home but I adore travelling and having to work abroad is equally as exciting to me as filming home.

You are from Bulgaria, but you lived in England and Israel for some years. What are your favourite places in these three countries? Do have a place that you can call a paradise on earth?

I think that our world is paradise as a whole. I ride a motorcycle and travel as much as possible on it. I love spending time in nature. I definitely do not have a favorite country because every country is unique with its culture, people, beauties etc. I've travelled pretty much around the world and have seen so many magical places. I loved Mexico, Peru, Brazil, USA, Asia, Taiwan, Japan, Russia… I love Europe and I definitely cannot pick one favorite place.

Well if I have to be honest home is home, but that's sentimental.

Your name "Stanislav Yanevski" suggests that you have some Polish roots. Do you know anything about your possible Polish ancestors? Have you ever been to Poland?

I have been to Poland and I love the country! People are so nice and the culture is so interesting to me! I am not sure if I have Polish ancestors, but it's quite often I get asked the question whether I have something connected to Poland. Bulgarian family names usually end in two ways – either -ov/ova or -ski/ska.


Since playing in "Harry Potter and the Goblet of Fire" you have changed a lot - you got even more muscular and athletic and you got a lot of tattoos. Can you tell us something more about their meaning?

It is really hard being an actor today. The requirements for an actor are to have a lean muscular model type fitness body. I was told by my agent that if I want to be an action hero, I have to look like one. This is why I concentrated more on my training, diet and changed my lifestyle. You have to have a dream to chase and consistency and hard work will eventually pay off in the end. I fell in love with healthy lifestyle and it has become a part of me. I do it for work but a lot more just for myself. Tattoos I've had since 2006 I think. Slowly they became more and more and they are a style that I have now. I really like them. Some of them have meanings giving me strength, power, protection… Some are there just because I thought they were nice and would link well to the rest.

I know that you spend a lot of time at the gym to stay in shape. Which physical activities do you prefer?

I spend anything between 90 minutes to 180 minutes, sometimes more per day training. I like doing hungry cardio in the mountains to start my day with. That takes me about an hour and a half climbing up and getting down and then I do another hour and a half to two muscle training in the gym. Free weights is what I prefer and intense crossfit kind of workouts. Outdoor if possible.

This year we will see you playing Boris The Hammer in a British film "The Cloaking". How can you describe your plans and aims for the foreseeable future?

I'm always aiming really high. Actually the higher the aim, the more dedicated and concentrated I am. I want a bright career but for me the most important part of acting is having my fans satisfied. I listen to my fans on Instagram and Facebook a lot. They wanted me to try and be in a Viking film, I tried but didn't get too far with that. Now they want me to be a superhero, so I'm aiming at being successful and good. Without my fans I would have given up long time ago. They are my drive and what keeps me going, giving me all the power and will to continue the path that I am walking. Of course I'm hoping for the best possible. The brighter the career, the better.

Thank you very much for the interview.

You are extremely welcome. It has been absolute pleasure to me answering your questions. Greetings to all your readers and remember - the sun is still shining even on a cloudy day. Its just above the clouds.


If you want to learn more about Stanislav Yanevski, please visit his official website:

Wywiad ze Stanislavem Yanevskim

Stanislav Yanevski jest bułgarskim aktorem znanym przede wszystkim z roli Viktora Kruma w „Harrym Potterze i Czarze Ognia”. Występował również w takich filmach i serialach jak „Hostel II”, „W cieniu wroga” i „Agent pod przykryciem”. Uczył się w Mill Hill School w Wielkiej Brytanii i przez kilka lat mieszkał w Izraelu. W wywiadzie Stanislav opowiada o swojej przygodzie z „Harrym Potterem”, karierze aktorskiej, zdrowym stylu życia i planach na przyszłość.


Zacząłeś swoją aktorską karierę w 2005 rolą Viktora Kruma, bułgarskiego zawodnika Quidditcha, w filmie „Harry Potter i Czara Ognia”. W jaki sposób stałeś się częścią tego kultowego filmu fantasy?

To było bardzo dawno temu. Byłem jeszcze w szkole, kiedy ogłoszono casting na różne role filmowe. Znalazłem się we właściwym miejscu i czasie, bo wpadłem na jedną z agentek castingowych, która zauważyła mnie i wprost zaproponowała udział w castingu. Po kilku spotkaniach, odbywających się w dość długim okresie czasu, w końcu zadzwoniono do mnie z radosną wiadomością, że zostałem wybrany do roli Kruma spośród ponad 3500 chętnych. To było niesamowite uczucie.

Na planie „Harry’ego Pottera i Czary Ognia” miałeś szansę spotkać tak wielkie gwiazdy jak Ralph Fiennes, Maggie Smith czy Alan Rickman. Co było dla Ciebie najbardziej ekscytujące w byciu członkiem obsady „Harry’ego Pottera”? 

W ekipie „Harry’ego Pottera” faktycznie było wielu światowej sławy aktorów i aktorek. Na początku byłem przestraszony i ostrożny w nawiązywaniu z nimi kontaktu, ale kiedy pokazali jak bardzo lubią z nami przebywać i kiedy zobaczyłem jak miło spędza nam się czas na planie, stałem się bardziej ośmielony. Miałem do nich bardzo duży szacunek i od każdego starałem się nauczyć jak najwięcej. To był prawdziwy zaszczyt brać udział w projekcie z tyloma wielkimi nazwiskami i wspaniałymi ludźmi.

Nadal utrzymujesz kontakt z kolegami z planu?

Tak, cały czas jestem w kontakcie z całkiem sporą liczbą osób z filmu. Nie tylko z samej obsady, ale w ogóle ekipy. Braliśmy udział w zdjęciach tak długo, że musiały się z tego zrodzić wielkie przyjaźnie. Mamy to szczęście, że na całym świecie odbywają się rozmaite konwenty, dzięki czemu możemy się złapać w różnych częściach świata. Mamy najlepszych fanów, którzy nas wspierają!

Po „Harrym Potterze” zagrałeś w kilku bułgarskich filmach i serialach jak „Agent pod przykryciem”, „Stolichani v poveche” czy „XIa”. Jak wygląda tworzenie filmów w Bułgarii? Czy różni się w jakiś sposób od pracy na brytyjskim planie?

Tak, ostatnio ukazał się zresztą kolejny bułgarski film z moim udziałem. Szczerze mówiąc, mam duże szczęście, że nadal otrzymuję role i jakoś się trzymam w tym biznesie. Kocham grać i kocham moją pracę, więc dopóki jestem w filmach, mogę mówić, że jestem szczęśliwym mężczyzną.

Tworzenie filmu jest ogólnie rzecz ujmując procesem mechanicznym, choć oczywiście każdy ma inną ekipę filmową, scenerię, obsadę itp., co czyni każdy projekt wyjątkowym. Miło jest nagrywać w moim ojczystym języku i w rodzinnym domu, ale uwielbiam podróże i praca za granicą jest dla mnie równie ekscytująca.

Pochodzisz z Bułgarii, ale mieszkałeś też przez jakiś czas w Anglii i Izraelu. Jakie są Twoje ulubione miejsca w tych trzech krajach? Czy masz jakieś miejsce, które możesz nazwać swoim rajem na ziemi?

Myślę, że nasz świat jest rajem jako całość. Jeżdżę motocyklem i podróżuję nim tak dużo jak tylko mogę. Uwielbiam spędzać czas na łonie natury. Nie mam ulubionego kraju, bo każdy z nich jest wyjątkowy ze względu na swoją kulturę, ludzi, piękno itp. Zwiedziłem już spory kawałek świata i widziałem wiele magicznych miejsc. Kocham Meksyk, Peru, Brazylię, USA, Azję, Tajwan, Japonię, Rosję… Kocham Europę i na pewno nie byłbym w stanie wybrać jednego miejsca.

Ale jeśli mam być szczery, dom to jednak dom, ale to tylko przez sentyment.

Twoje imię i nazwisko „Stanislav Yanevski” sugeruje, że masz jakieś polskie korzenie. Czy wiesz coś może na temat swoich potencjalnych polskich przodków? Byłeś kiedykolwiek w Polsce?

Byłem w Polsce i uwielbiam ten kraj! Ludzie są bardzo mili, a kultura jest niezwykle interesująca! Nie wiem, czy mam jakichś przodków z Polski, ale bardzo często ludzie mnie pytają, czy mam jakieś związki z tym państwem. Bułgarskie nazwiska rodzinne z reguły kończą się na dwa sposoby - albo -ov/ova, albo -ski/ska.


Od czasu, gdy zagrałeś w „Harrym Potterze i Czarze Ognia” bardzo się zmieniłeś - masz jeszcze bardziej umięśnioną i atletyczną sylwetkę i sporo tatuaży. Czy mógłbyś opowiedzieć coś więcej o ich znaczeniu?

W dzisiejszych czasach bardzo trudno jest być aktorem. Wymagania są takie, że musisz mieć smukłą muskularną sylwetkę w typie modeli fitness. Mój agent powiedział mi, że jeżeli chcę być bohaterem filmów akcji, muszę wyglądać jak taki bohater. Właśnie dlatego zacząłem bardziej skupiać się na treningach i diecie, zmieniając swój styl życia. Musisz mieć marzenia, za którymi podążasz i konsekwencję, aby ta ciężka praca ci się w końcu opłaciła. Pokochałem zdrowe życie i stało się ono częścią mnie. Ćwiczę nie tylko dla pracy, ale przede wszystkim dla siebie. Tatuaże mam zaś jakoś od 2006. Stopniowo zacząłem ich mieć coraz więcej i stały się częścią mojego obecnego stylu. Bardzo je lubię. Niektóre z nich mają znaczenia, które dają mi siłę, moc i ochronę… Inne są tu po prostu dlatego, że fajnie wyglądały i dobrze komponowały się z pozostałymi.

Wiem, że spędzasz dużo czasu na siłowni, aby zachować formę. Jakie są Twoje ulubione aktywności fizyczne?

Trening zajmuje mi od 90 do 180 minut dziennie, czasem nawet więcej. Bardzo lubię robić na czczo trening cardio w górach na dobry początek dnia. Przez półtorej godziny wspinam się i schodzę z góry, a następnie poświęcam kolejne półtorej do dwóch na trening mięśni na siłowni. Wolne ciężary i intensywny crossfit to moje ulubione typy treningów. Najlepiej na powietrzu, gdy pozwala pogoda.

W tym roku zobaczymy Cię w roli Borisa The Hammera w brytyjskim filmie „The Cloaking”. Jak mógłbyś opisać swoje plany i cele na najbliższą przyszłość?

Zawsze celowałem bardzo wysoko. Właściwie im wyższy cel, tym bardziej mu się poświęcam i na nim koncentruję. Chciałbym mieć świetlaną karierę, ale najważniejsza w mojej aktorskiej działalności jest satysfakcja fanów. Staram się słuchać ich rad na Instagramie i Facebooku. Chcieli, żebym spróbował zagrać w filmie o Wikingach, spróbowałem, ale nie zaszedłem z tym daleko. Teraz chcą, abym był superbohaterem, więc chcę być jak najlepszy i osiągnąć sukces. Bez moich fanów pewnie już dawno bym się poddał. To oni mnie napędzają, dając mi siłę i chęci, aby kontynuować raz obraną ścieżkę. Oczywiście mam nadzieję, że spotka mnie to, co najlepsze. Im bardziej świetlana kariera, tym lepiej.

Dziękuję za wywiad.

Proszę. Bardzo miło było mi odpowiedzieć na Twoje pytania. Pozdrowienia dla Twoich czytelników i pamiętajcie - słońce cały czas świeci, nawet w chmurny dzień. Po prostu jest wtedy ponad chmurami.


Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej na temat Stanislava Yanevskiego, zajrzyjcie na jego oficjalną stronę:

piątek, 15 marca 2019

Rozmowa z Kamilem Nizińskim

Kamil Niziński jest pochodzącym spod Wadowic modelem, który działa w branży modowej już od pięciu lat. Brał udział w kampaniach reklamowych Gino Rossi, AVON czy Mustang i wystąpił w kilku teledyskach, a jego wizerunek pojawił się na okładkach książek w Polsce, Chorwacji, Niemczech i Turcji. Jest również twarzą marki garniturów PAWO oraz projektuje modne i wygodne sztyblety we współpracy z marką Domeno. Ponadto właśnie ruszył jego nowy wielki projekt biznesowy - Klinika Przeszczepu Włosów. W wywiadzie Kamil Niziński opowiada o początkach swojej przygody z modelingiem, kulisach świata mody, pracy nad sylwetką, nowo otwartej klinice i planach na przyszłość.


Zanim zostałeś modelem, zajmowałeś się programowaniem. Skąd wzięło się Twoje zainteresowanie informatyką?

Na programowanie przerzuciłem się z grafiki komputerowej, bo wcześniej to do niej bardziej mnie ciągnęło. Można powiedzieć, że poniekąd jestem artystą - bardzo lubię estetykę i sam wszystko projektuję. Na początku myślałem, że programowanie to trudna sprawa, ale kiedy poznałem języki programowania, to się wciągnąłem. Zajmowałem się front-endem, PHP i HTML - to taka pierwsza styczność użytkownika z interfejsem.

Dosyć nietypowe początki, jak na przyszłego modela.

Nigdy nie myślałem, że zostanę modelem, bo nie miałem do tego predyspozycji. Ważyłem prawie sto kilogramów, a moje proporcje dalece odbiegały od tych, jakie powinien mieć model. Dzięki mojej narzeczonej schudłem ponad 25 kilo, zeszczuplałem i zacząłem spełniać normy dla modeli. Od tego czasu trzymam się tej branży.

Kiedy zaczęła się ta Twoja spektakularna przemiana?

Kilka lat temu, kiedy moja narzeczona zaczęła studiować dietetykę i zostałem jej królikiem doświadczalnym. Zaczęła na mnie testować wszystkie swoje diety i już pierwsze rezultaty były imponujące. Samo odstawienie słodkich napojów i  regularne jedzenie sprawiło, że sporo schudłem.

Na pewno musiały temu też towarzyszyć ćwiczenia.

Dokładnie. Siłownia to było moje hobby, więc na początku chodziłem na nią nawet sześć razy w tygodniu. W późniejszym czasie zamieniłem siłownię na studio EMS. Elektrostymulacja mięśni pozwala oszczędzić sporo czasu, dając równie dobre efekty co zwykła siłownia.

Na czym to dokładnie polega?

To działa w taki sposób, że kamizelka z impulsami elektrycznymi stymuluje twoje mięśnie i zmusza je do intensywniejszej pracy bez obciążania stawów zbędnymi kilogramami. Nie jesteś dzięki temu narażony na żadne uszkodzenia i urazy. Impuls elektryczny dociera do głębokich warstw mięśnia. Dzięki temu spala się zbędny tłuszcz, a ciało staje się smuklejsze.


Pracujesz jako model już pięć lat. Jaki był dotychczas Twój najważniejszy moment w pracy w modelingu?

Na pewno najbardziej zapamiętam wyjazd do Stanów Zjednoczonych. Będąc tam, poszedłem na pierwszy casting do marki z garniturami i od razu się dostałem. Zrobiłem dwie sesje zdjęciowe i właściciel zaproponował mi, żebym został twarzą jego marki. Kończyła mi się jednak wiza i musiałem wracać do Polski. Od ponad roku staram się o wizę pracowniczą, żeby móc tam polecieć i legalnie pracować z firmami z USA. Dostaję ciągle o zapytania o moją osobę, ale na ten moment mam tylko wizę turystyczną. Dwa miesiące temu była w Polsce przedstawicielka mojej agencji w Miami i powiedziała mi, że inni zagraniczni modele też mają problem z uzyskaniem wizy po zmianie władzy. Aktualnie pracują nad tym prawnicy z agencji.

Odnosisz jednak ogromne sukcesy na polskim rynku, a Twoja twarz pojawia się dosłownie wszędzie - w kampaniach reklamowych, teledyskach czy na okładkach książek. Nie masz poczucia, że nie do końca masz kontrolę nad wykorzystaniem swojego wizerunku?

Zawsze wiem z kim pracuję i gdzie zostaną użyte moje zdjęcia. Przy każdej produkcji podpisywana jest umowa, która wyraźnie określa prawa do wykorzystywania mojego wizerunku. Niestety zdarza się, że moje zdjęcia są wykorzystywane nielegalnie przez różne firmy, a także używane na portalach randkowych przez fikcyjne konta. Takie zachowania wiążą się z konsekwencjami prawnymi i dużymi karami finansowymi.

A czy ludzie rozpoznają Cię na ulicy? Pojawiłeś się między innymi na okładce głośnej książki „365 dni” Blanki Lipińskiej. 

Po premierze tej książki, która była bardzo mocno promowana, widzę, że ludzie mnie rozpoznają - mówią na mnie „Massimo” czy „polski Grey” (śmiech). Jest to miłe. Wiem, że ma być ekranizacja tego bestsellera i dostaje zapytania o to, czy ja zagram głównego bohatera, ale niestety nie jestem aktorem.

Masz zapędy aktorskie? Miałeś jakieś propozycje w tym temacie?

Nigdy nie miałem zlecenia aktorskiego. Jeżeli gram w reklamach, to nie ma tam scen mówionych. Gdybym chciał próbować sił w filmie, musiałbym najpierw popracować nad dykcją.


Pojawiłeś się w teledyskach do „Summer Love” Alicji Ruchały, „Never Go Away” C-BooLa i „Będę tylko twoja” Camasutry. Jak wspominasz swoją pracę na planach tych klipów?

Zawsze pracę na planie wspominam bardzo dobrze. Wszyscy się dogadują i ciężko pracują, bo każdy chce stworzyć coś fajnego. Chyba nigdy nie miałem planu, który źle bym kojarzył czy wspominał. Zresztą kiedy przychodzę do ludzi, to staram się przekazywać im pozytywną energię. Mimo że czasem trzeba zaczynać plan o 4 czy 5 rano lub praca trwa od późnego wieczora do ranka, to staram się być zawsze pozytywnie nastawiony. To bardzo mocno wpływa na efekt końcowy, jakim są teledyski czy zdjęcia.

W czasie jednej z kampanii reklamowych miałeś okazję pracować z Małgorzatą Kożuchowską. Jak wyglądała ta współpraca?

Zawsze się stresuję, kiedy mam pracować ze znaną osobą/celebrytą, bo nigdy nie wiem, jak taka osoba się zachowa w stosunku do mnie. Po współpracy z panią Małgorzatą widzę, że jest ona bardzo miłą kobietą. Zresztą, jak można było zobaczyć na jednym z katalogów AVON, wyszła nam całkiem ładna okładka. Zdjęcia, z tego co pamiętam, robiliśmy niecałą godzinę, stojąc praktycznie cały czas w tej samej pozycji.

To i tak dość krótko, biorąc pod uwagę, że takie sesje trwają czasem nawet kilka godzin.

Najczęściej praca wygląda tak, że pracuje się na planie minimum osiem godzin. Jeżeli są jakieś nagrania, reklamy wideo, to dochodzi nawet do dziesięciu godzin i więcej. Jest to spowodowane tym, że do każdej sceny kręci się duble, różne ujęcia, kadry bliższe i dalsze, a potem wychodzi kilkusekundowa reklama (śmiech).

Na pewno to uczy dużo cierpliwości…

Jeżeli ktoś chce pracować w modelingu czy robić zlecenia aktorskie i reklamowe, to cierpliwość jest cechą konieczną.


Masz agencje w Polsce, Norwegii, Turcji, Stanach Zjednoczonych i Niemczech. Czy faktycznie przekłada się to na znacznie większą ilość zleceń?

Tak. Każda agencja ma swoich klientów i obsługuje swój region/kraj. W niektórych krajach mam po kilka agencji np. w Niemczech mam osobne agencje we Frankfurcie i w Hamburgu. Najwięcej zleceń spływa do mnie ze Skandynawii i latam tam dość często.

A które miejsce na świecie najbardziej Ci się podoba?

Tych miejsc, które najbardziej chciałbym odwiedzić, jeszcze nie odwiedziłem. Pod koniec zeszłego roku mieliśmy lecieć z narzeczoną do Tajlandii, co jest moim marzeniem, ale niestety nie udało się. Wszystkie plany urlopowe przekładamy, ponieważ trzeba zamknąć temat remontu mieszkania i kliniki. Z miejsc, w których byłem, bardzo podobają mi się Włochy - mają bardzo dobre jedzenie i jest tam ciepło i klimatycznie. Nie da się jednak tego porównać z Miami. Wszystko jest tam wielkie. Dużo bogactwa, ale zarazem duży przeskok - są ludzie bardzo bogaci, ale i bardzo biedni, co zresztą widać na ulicach.

Twoje zlecenia obejmują przede wszystkim kampanie reklamowe i sesje zdjęciowe. Bardzo rzadko można Cię zobaczyć na wybiegu. 

Nie kręcą mnie wybiegi, chociaż dostaję propozycje pokazów. Jak ktoś znajomy mnie poprosi lub propozycja jest naprawdę nie do odrzucenia, to idę w pokazie. Jakiś czas temu szedłem na przykład w pokazie Van Graafa. Przede wszystkim jednak lubię zdjęcia i wideo, ponieważ są trwałe. Sam pewnie wiesz, jak wygląda pokaz - to dzieje się szybko, 10 minut i po wszystkim.

Dzięki temu, że zacząłeś karierę w modelingu dużo później niż przeciętni modele, uniknąłeś chyba zmanierowania, które cechuje niektórych Twoich kolegów z branży. 

Możliwe, że byłem już dojrzalszy niż reszta, kiedy wszedłem do branży, i przez to nie uważam się za kogoś lepszego. Przede wszystkim zawsze jestem sobą i traktuję wszystkich z szacunkiem.

Nie masz żadnych celebryckich zapędów?

Nie pcham się na ścianki. Jeżeli ktoś mnie zaprosi, to przyjdę. Nie zawsze mam czas, bo ważniejsze jest dla mnie spędzanie go z rodziną, ale kiedy mogę, to staram się pojawiać. Szczerze mówiąc, nie kręci mnie takie życie na tyle, żebym za wszelką cenę chciał pojawiać się na wszystkich eventach.


Twoim nowym przedsięwzięciem jest Klinika Przeszczepu Włosów. Wielu mężczyzn reaguje na pomysł przeszczepiania włosów śmiechem, strachem czy obrzydzeniem. Mógłbyś jakoś odczarować te mity wokół przeszczepów?

Kiedy rozmawiam z ludźmi i mówię im, czym zajmuje się moja klinika, to raczej są tym zaciekawieni. Zauważyłem, że nadal kojarzą oni przeszczep włosów z wycinaniem kawałka skóry z tyłu głowy, co jest dla mnie obrzydliwe. Nigdy bym się czegoś takiego nie podjął i również nikomu bym nie proponował takiego rozwiązania, przede wszystkim dlatego, że po takim zabiegu często są komplikacje.

Jak rozumiem, to są już przestarzałe metody.

Ale do tej pory używane. Ta metoda STRIP polega na wycięciu kawałka skóry, przez co pacjentowi zostaje ogromna blizna z tyłu głowy. Chcąc otworzyć mój biznes, latałem po różnych klinikach w Europie, orientowałem się jak wyglądają różne zabiegi transplantacji włosów. W Londynie spotkałem dyrektora kliniki, który miał robiony przeszczep włosów tą metodą. Powiedział, że po 20 latach od zabiegu do tej pory ma problemy - czasem boli go głowa i nie może spać. Nie wiadomo, jakie nerwy mogą zostać przy takim zabiegu uszkodzone.

U Ciebie to jest na znacznie wyższym poziomie?

Najnowocześniejsza technologia z USA. Automatyczny robot przeszczepia włosek po włosku, nie zostawiając żadnych widocznych blizn na głowie pacjenta. Zabieg jest całkowicie bezpieczny, bezbolesny i co najważniejsze trwały.

Ty jeszcze nie musisz z takiej usługi korzystać…

Najlepsze jest to, że przeszczepianiem włosów zainteresowałem się właśnie ze względu na siebie, bo widziałem ten problem u mojego ojca i dziadka - łysieli androgenowo. Przerzedziły im się włosy i zrobiły się zakola. Przestraszyłem się i stwierdziłem, że już teraz muszę zabezpieczyć się na przyszłość. Szukałem kliniki do współpracy, jednak nie znalazłem nic konkretnego. Z myślą o pobudzeniu włosów testowałem na sobie komórki macierzyste i widzę, że jest efekt tego zabiegu. 

Mógłbyś dokładniej opisać jak to wszystko wygląda w waszej klinice?

Ruszyliśmy z przeszczepami 1 marca. Jako jedyni na Europę Wschodnią posiadamy najnowszego robota do przeszczepiania włosów ARTAS. Nasz jest trzeci w Polsce i pierwszy w Warszawie. Podczas zabiegu podawane jest znieczulenie miejscowe, więc cały zabieg jest bezbolesny. Robot pobiera włosy z tyłu głowy, ponieważ włosy z tego obszaru uodpornione są na DHT - łysienie androgenowe. Efekt przeszczepu jest trwały. Zabieg wykonuje się najczęściej raz w życiu, dlatego warto dobrze się zastanowić nad metodą, jaką będzie wykonany. Automatyczny robot sprawdza każdego włosa przed ekstrakcją 60 razy na sekundę, wybierając te najlepsze do przeszczepu. To znacznie lepsze i skuteczniejsze niż metoda ręczna, kiedy doktor pojedynczo wyciąga i przeszczepia włos po włosku.

Jesteś tam tylko kierownikiem, nie podejmujesz się wykonywania zabiegów?

Nie, nie mam do tego kwalifikacji. Jestem tam tylko prezesem (śmiech). Mamy wykwalifikowany zespół pielęgniarek i lekarzy, trychologów i dermatologów. Nasz zespół wie co robi i jest odpowiednio przeszkolony.

Wspomniałem o Twoim udziale w teledyskach. Jak mógłbyś opisać swój gust muzyczny?

Kiedyś byłem zamknięty tylko na amerykański hip hop, ale z biegiem czasu mi się zmieniło i teraz jestem otwarty na każdy rodzaj muzyki, byleby wpadała w ucho. Może poza jakimś disco polo (śmiech).

Widzę, że masz dwa tatuaże. Czy mają one dla Ciebie jakieś szczególne znaczenie?

Nie, nie mają one głębszego znaczenia. Krzyż mam dlatego, że podoba mi się prostota samego krzyża, a drugi to geometryczna sowa.

Symbol mądrości...

Może mi trochę dodała! (śmiech)

Rozwijająca się kariera modela, własny biznes - cały czas idziesz do przodu. Jak widzisz swoją przyszłość?

Na pewno najważniejsza jest teraz dla mnie klinika. Chcę ją rozwijać, żeby była najlepszą kliniką przeszczepiającą włosy, przynajmniej we Wschodniej Europie, a na pewno w Polsce. Poza tym produkuję swoje buty i projektuję męską biżuterię. Współpracuję z firmą Domeno z Kalwarii Zebrzydowskiej, której twarzą jest Janusz Panasewicz. Zapraszam wszystkich do śledzenia moich mediów społecznościowych, bo dużo się tam dzieje.


Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej na temat Kamila Nizińskiego i jego działalności, zajrzyjcie na jego oficjalną stronę:
https://kamilnizinski.com/
https://www.facebook.com/nizinskikamil/
https://www.instagram.com/kamilnizinski/

piątek, 1 marca 2019

Rozmowa z Bartoszem Wagą

Bartosz Waga jest młodym aktorem z Krakowa, znanym przede wszystkim z ról kardiologa Wojciecha Jarosza w paradokumencie „Szpital” i modela Borysa Ostrowskiego w serialu „Klan”. Wcześniej występował też między innymi w filmach „Latający mnich i tajemnica da Vinci” i „Dark Crimes” oraz serialach „Majka” i „Barwy szczęścia”. W 2015 brał udział w konkursie Mister Polski, w czasie którego zaprezentował swoją sylwetkę po spektakularnej metamorfozie. W wywiadzie Bartosz opowiada o początkach swojej aktorskiej kariery, ulubionych rolach, spotkaniu z Jimem Carreyem, zdrowym stylu życia i planach na przyszłość.

(Foto: Paweł Wodnicki)

W latach 2007-2012 studiowałeś w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Krakowie i już w pierwszych latach studiów zagrałeś w serialach „Żołnierze wyklęci”, „Przystań” i „Majka”. Długo dojrzewała w Tobie myśl, by startować do szkoły aktorskiej?

Całe liceum to wiedziałem, ale ta myśl mogła już kiełkować w gimnazjum. Brałem wtedy udział w szkolnych przedstawieniach i jako przewodniczący szkoły organizowałem wszystkie dni otwarte. Tak to się zaczęło i jak już postanowiłem, to stwierdziłem, że nie ma innego wyjścia - tylko i wyłącznie szkoła teatralna.

Nie było żadnego „planu B”?

Nie. Moja kochana mama namawiała mnie, żebym jeszcze gdzieś spróbował na wszelki wypadek, bo tam jest dużo chętnych. A ja się uparłem, że jak się nie dostanę, to przez kolejny rok będę po prostu brał korepetycje u najlepszych profesorów. Zdawałem do dwóch szkół, w Krakowie i Warszawie. W Krakowie udało mi się dostać za pierwszym razem.

Podobno pracę magisterską pisałeś o Jimie Carreyu.

Tak, dokładnie pamiętam jej tytuł: „Twarz za maską, czyli niejednoznaczna kariera Jima Carrey”. Pani profesor Maria Malatyńska, moja promotorka bardzo się tego tematu obawiała, ale ostatecznie skończyło się na piątce z plusem. Od Jima właściwie zaczęło się moje zainteresowanie aktorstwem. Jak oglądałem „Ace Venturę”, to bardzo do mnie trafiała jego aktorska wszechstronność i mimika. Potem sam wygłupiałem się na różnych rodzinnych spotkaniach, a rodzina mówiła: „Z ciebie to taki aktor”. Pomyślałem, że skoro tak, to dlaczego by nie spróbować? (śmiech) 

Już po szkole aktorskiej pojawiły się u Ciebie większe role serialowe w „Barwach szczęścia” i „Klanie”.

„Barwy” zacząłem w 2011, więc jeszcze w czasie szkoły, a poza tym już wcześniej miałem sporą rolę w „Majce”. Na planie „Majki” poznałem Jarka Banaszka, reżysera, który pokazał mi prawdziwą pracę z kamerą. Naprawdę poświęcał mi uwagę i pomagał tworzyć postać Konrada, mimo że byłem nikomu nieznanym aktorem.

Która z tych dłuższych ról serialowych najbardziej Ci się podobała?

Teraz bardzo lubię być doktorem Wojciechem Jaroszem w „Szpitalu”. Robię tam mnóstwo odcinków i jestem jedną z głównych postaci. Ludzie piszą do mnie na Facebooku i Instagramie i proszą o porady. Dementuję: nie jestem prawdziwym doktorem! Kiedyś jedna pani bardzo dziękowała mi za radę, ale i tak próbowałem ją nakłonić do tego, żeby poszła do lekarza. Miło jednak, że ludzie potrafią tak się zaangażować, że odbierają mnie jako prawdziwego kardiologa.

W „Klanie” jako Borys mam z kolei fantastyczną partnerkę Martynę Kowalik. Dogadujemy się rewelacyjnie i jest między nami chemia. Mógłbym z nią grać wszystkie możliwe role (śmiech). Kiedyś już jej mówiłem, że jak będzie casting do jakiegoś wielkiego filmu, to uprę się, żebyśmy zagrali razem. Mam nadzieję, że nasz wspólny wątek w „Klanie” nigdy się nie popsuje. W ogóle ogromnym wyróżnieniem było dla mnie stanąć w domu Lubiczów, gdzie widziałem te wszystkie sceny 20 lat temu.

Oglądałeś zatem „Klan” już wcześniej?

Jasne. Myślę, że każdy kiedyś oglądał na przestrzeni lat.

Swoją postacią wniosłeś do serialu, który kojarzy się z nieco skostniałą instytucją, trochę świeżości i humoru.

Dziękuję! Szczególnie, kiedy zdobyłem tytuł Celestial Male Model w kategorii pośladków (śmiech). Oni niesamowicie trafnie piszą te scenariusze. Genialnie wykorzystali wątek mojego startu w konkursie Mister Polski. Teraz z kolei zdaję w serialu na ratownictwo medyczne, więc mają nosa.

Niektórzy uważają, że „Klan” stał się serialem komediowym, o czym świadczy choćby popularność portalu „Beka z Klanu”.

Trafiłem kiedyś na „Bekę z Klanu”, ale zostałem pozytywnie oceniony, że wreszcie jest na co popatrzeć. Pomyślałem sobie „wow, super”, bardzo dziękuję! Jak teraz idę sobie ulicą, to jest fifty fifty. Niby nikt nie ogląda „Szpitala” czy „Klanu”, ale każdy albo się popatrzy, albo mówi „ty, patrz Borys z Klanu” lub „ty, to ten doktor”. Wszyscy wiedzą! Zawsze jest to jednak pozytywny odbiór. A jak ktoś mi ukradkiem robi zdjęcie, to robię demaskację. Podchodzę i proponuję, żebyśmy zrobili sobie normalnie selfie. Po co ma mieć moje zdjęcie jak wsuwam kanapkę zamiast fajnej wspólnej fotki?

(Foto: Paweł Wodnicki)

Od kilku lat grasz w serialu paradokumentalnym „Szpital”. Wielu zawodowych aktorów pewnie nigdy nie zgodziłoby się zagrać w takiej produkcji. Nie uważasz tego za jakąś „ujmę”?

Dużo znajomych mi tak mówiło. Moim zdaniem absolutnie nie! Gram tam najlepiej jak potrafię, na ile mamy na to czasu i możliwości. Uczy mnie to aktorskiego wyczulenia, bo na plan trafiają różni ludzie. Ktoś może przyjść nieprzygotowany, a ja nie lubię przerywać sceny, więc staram się szyć i naprowadzać partnera. Ludzie często chcą improwizować, ale to nie wychodzi, bo pojawiają się emocje i stres. Kiedy widzę, że ktoś się zacina i panikuje, to próbuję temu zaradzić. Inna sprawa, że mamy tam tyle tekstu i to stricte medycznego, że bardzo mi to ćwiczy pamięć. Na początku obawiałem się, że nie ogarnę tekstu. Teraz czytam sobie scenariusz dwa-trzy razy z dużym skupieniem i następnego dnia już wszystko umiem. Na pewno zdarzają się przejęzyczenia, ale wyciskam z tego maksimum pozytywów.

Pewnie mógłbyś już startować na kardiologię jako „plan B”.

Wszyscy mi tak mówią! (śmiech) Na początku wszystko, co mówię, guglowałem sobie w internecie. Musiałem dorobić sobie jakąś historię, żeby wiedzieć, co komu zlecam i co badam. Teraz już jest łatwiej. Paradokument to dla mnie nowe wyzwanie. Miałbym z niego zrezygnować i nic nie robić lub iść do pracy niezwiązanej z zawodem? Cieszę się, że mogę się z aktorstwa utrzymać. Zresztą to dosyć ciężka praca, bo jeden odcinek kręcimy nawet półtora-dwa dni.

Wielu osobom kojarzy się to z produkcjami robionymi na szybko i na spontanie…

Tam nic nie jest spontanicznie - to musi być jak najbardziej profesjonalne. Ludzie przychodzą tam na dzień lub dwa i to jest dla nich przygoda. My mamy zdjęcia cały tydzień i to już duże wyzwanie. Siedzisz od ósmej rano do ósmej wieczorem i musisz dbać o siebie oraz o higienę aktorską. Nie mogę pójść po zdjęciach na imprezę i się nie wyspać, bo następnego dnia nic nie zagram.

W dodatku, pracując na planie „Szpitala” i „Klanu”, często kursujesz między Warszawą, a Krakowem.

Non stop. Jestem stałym klientem w pociągu, nawet mnie już tam poznają. Nie jeżdżę samochodem, bo pewnie bym nałapał mandatów, śpiesząc się na plan. Czas w pociągu wykorzystuję zresztą na naukę tekstu. Może dlatego zawsze jestem tak dobrze przygotowany? Wszyscy pytają „Jak ty się tego tak szybko uczysz?”, a ja mówię, że mam czas w Pendolino (śmiech).

(Foto: Paweł Wodnicki)

Rozmawiamy cały czas o serialach z Twoim udziałem, ale masz też na koncie role filmowe. Jedną z Twoich ciekawszych ról była rola jeźdźca w „Latającym mnichu i tajemnicy da Vinci” w 2010. 

To było jeszcze w szkole aktorskiej, a filmy kostiumowe zawsze bardzo mi się podobały. Pamiętam, że zadzwoniła do mnie agentka i zapytała, czy jeżdżę konno. Mówię, że oczywiście. Powiedziała, że mam tę rolę, a ja się szybko zapisałem na jazdy konne (śmiech). Jeździłem dawno temu, ale nie wzięliby mnie, jakbym się przyznał. Na tych jazdach świetnie sobie jednak radziłem - i dobrze, bo na zdjęciach dostałem takiego wielkiego konia, że musiałem na niego wchodzić po schodkach. Trochę mnie to przerażało, bo był to jeszcze okres zimowy, więc koń się ślizgał, a do tego mieliśmy galop po górach. Genialne sceny, szkoda, że kilka wypadło. To była zupełnie inna jakość kręcenia niż w serialach - niesamowite zdjęcia i cudowny klimat.

Nadal jeździsz konno?

Mało, ale myślę, że bym potrafił, bo się nie boję. Na przykład raz na jazdach koń mnie zrzucił i pomyślałem sobie: „O, ty skurczybyku!”. Chwyciłem go i od razu z powrotem na niego. Pani instruktor powiedziała mi wtedy, że bardzo dobrze zrobiłem, bo koń nie może wiedzieć, że ma nad tobą władzę. To mnie jeszcze bardziej zbudowało. Między innymi to mnie pociąga w aktorstwie - ciągłe wyzwania. Taki Tom Cruise sam robi wszystkie sceny kaskaderskie i jeszcze mu za to płacą. To jest akcja! (śmiech)

Grasz przede wszystkim pozytywnych bohaterów. Nie myślałeś kiedyś o tym, żeby zagrać jakiś czarny charakter?

Czarny charakter, ale gdzieś tam w głębi dobry, a nie całkowicie podły. Ciekawiej jest, jeśli to zło z czegoś wynika, a jednak w głębi serca jest to dobry człowiek.

Oprócz ról filmowych i serialowych masz też na koncie role teatralne, między innymi w „Królu Edypie” i w „Hamlecie”.

„Hamlet” był w ogóle naszą sztuką dyplomową, a „Króla Edypa” wystawialiśmy
w warszawskim Teatrze Dramatycznym. Wcześniej był jeszcze dyplomowy spektakl „Bądź mi opoką” w reżyserii Madzi Miklasz, z którym jeździliśmy do Petersburga. W międzyczasie grałem też w operze „Beniowskiego” w reżyserii pani Anny Polony - byliśmy tam postaciami pod narratora. Grać na scenie z takimi tuzami, to było dla mnie coś wspaniałego. Wpatrywałem się i starałem się czerpać z tego jak najwięcej.

Lubisz role kostiumowe?

Tak, to taka kropka nad i aktorstwa. W normalnych ciuchach czujesz się trochę jak ty sam, a kostium robi robotę i wchodzisz w nową rolę.

Zawsze marzyłeś o wspólnej roli z Jimem Carreyem i doczekałeś się, bo pojawiliście się na jednym planie w filmie „Dark Crimes”. Jak wspominasz to niezwykłe doświadczenie?

Jim Carrey grał tam poważną postać, więc nikt nie mógł go rozpraszać. Pamiętam, że było z tym związanych mnóstwo obostrzeń. Chciałem jednak zagrać w tym filmie cokolwiek, byle tylko go spotkać i faktycznie spotkałem go na planie. Grałem policjanta i mówiłem do niego przez megafon. Później obserwowałem go z daleka. Była już bardzo późna godzina, padało i było zimno, ale czekałem do końca zdjęć. Po skończonym planie, widząc, że wpatruję się w niego jak w plaster miodu, podszedł do mnie, kiwnął głową i mi podziękował. Powiedziałem, że to ja dziękuję. Wyciągnął do mnie rękę, a ja miałem przy sobie moją pracę magisterską, bo marzyłem, żeby mi ją podpisał. I podpisał! Później zrobiła się z tego chryja, bo produkcja stwierdziła, że złamałem postanowienia umowy. Jednak kiedy Jim Carrey podchodzi do ciebie, wyciąga rękę i mówi „Thank you”, to nie mogłem nie zareagować! Spełniłem swoje marzenie, więc było warto, ale było mi też trochę przykro, że dostałem za to po głowie. Mam nadzieję, że nie było to moje ostatnie spotkanie z Jimem.

(Foto: Kuba Szczucki)

W 2015 wziąłeś udział w konkursie Mister Polski, w którym biorą udział głównie młodzi faceci, którzy dopiero chcą zdobyć popularność. Jak zatem znalazłeś się tam jako aktor z wieloletnim doświadczeniem?

Zaczęło się od tego, że postanowiłem skończyć z moją „formą”, którą można było zobaczyć w „Barwach szczęścia”. Miałem tam rozbieraną scenę z Gosią Buczkowską i jak zobaczyłem siebie bez koszulki - a byłem kreowany na amanta - to pomyślałem sobie, że do tego tytułu mi bardzo daleko. Wtedy postanowiłem, że musi być top class, a nie amant z brzuszkiem. Przeszedłem na dietę i zacząłem ćwiczyć. Z dnia na dzień gruba krecha i zaczynamy coś nowego.

Kolega pomógł mi skonstruować dietę stricte redukcyjno-rzeźbiącą. Jadłem jak mnich. Zrobiłem superformę i moja ówczesna dziewczyna pomyślała, że może warto to jakoś rozgłosić. Powiedziała, że wyśle moje zdjęcie do Mistera. Pomyślałem: „No nie, gdzie do Mistera… Ale rób, co chcesz”. Wysłała i za chwilę dostałem maila, że zapraszamy pana na następny etap. To się wpakowałem! Pojechałem na główny casting do Warszawy i potem znów przeszedłem do kolejnego etapu. Notabene nie wygrałem, bo wszyscy twierdzili, że jestem za bardzo umięśniony i nie da się osiągnąć takiej formy bez jakiejś chemii.

Widziałem podobne komentarze w sieci. Nie miałeś takiego momentu, że czułeś, że już przesadzasz?

Ten, kto to pisał, niech powie mi to prosto w twarz, a nie pisze głupie komentarze. Niech ze mną porozmawia, ile wysiłku mnie to kosztowało. Chciałem mieć sixpack, to zrobiłem sixpack, bo jest mi to potrzebne do pracy. 

Wyobraź sobie, że nagle dostajesz propozycję roli w Hollywood, ale musiałbyś do niej mocno przytyć. Zgodziłbyś się na to?

Zrobiłbym to!

Potrafiłbyś się rozstać z formą, która kosztowała Cię tyle wyrzeczeń?

Mam nadzieję, że tak. Tym bardziej, że przytyć nie jest tak trudno. Mam już chyba na tyle doświadczenia i wiedzy dietetyczno-treningowej, że nie wróciłbym na stałe do złych nawyków. Taka zmiana do roli byłaby ciekawa, chociaż potem pewnie trudno byłoby wrócić do poprzedniego stanu. Między innymi Christian Bale i Robert De Niro tego dokonali i to jest szacun! De Niro we „Wściekłym byku” grał boksera w formie, a potem pokazano go grubego po latach. Sądziłem, że to inny aktor lub charakteryzacja. A potem przeczytałem, że on naprawdę to zrobił! Przytył 27 kilogramów do roli. Miałbym obawy, ale chyba zrobiłbym coś takiego. 

Patrząc po Twoich rolach, widać, że jak już musisz coś zrobić, to świetnie Ci to wychodzi. 

Po latach doświadczeń podchodzę do mojej pracy z dużym zaangażowaniem. W szkole aktorskiej różnie z tym bywało. Raz przychodziło się bardziej przygotowanym i wyspanym, a raz mniej. Teraz staram się dbać o higienę aktora, bo to ma duże znaczenie. Dobra forma i zdrowe odżywianie mi w tym pomagają. Szkoda, żeby przy ważnej scenie na planie bolał cię brzuch. Śmieją się ze mnie, że chodzę ze swoimi pudełkami i nie korzystam z cateringu, ale to jest całokształt. Pracuję sobą i staram się profesjonalnie podchodzić do zawodu.

(Foto: Paweł Wodnicki)

Mieliśmy właśnie Tłusty Czwartek. Niektórzy trenerzy jedzą pączki, a inni polecają zdrowsze zamienniki. Która opcja jest Tobie bliższa?

Jeszcze kilka lat temu w okresie wyborów Mistera nie tykałem pączków ani gryza. Teraz staram się znaleźć równowagę, bo wiem, czym się może skończyć taka superrestrykcyjna dieta. Generalnie jednak pączki mnie nie korcą, wolę np. czekoladę albo lody.

A masz jakieś swoje złote rady, którymi kierujesz się obecnie w swoim odżywianiu i treningu?

Coraz więcej czytam o „wilczym głodzie”. Nie jest dobrze, gdy cały czas restrykcyjnie podchodzisz do diety i czekasz na „cheat day”. Jesteś wtedy sfokusowany tylko i wyłącznie na tym, że w końcu przyjdzie dzień, kiedy się „nażresz”. A potem zjadasz nawet kilkanaście tysięcy kalorii w jeden dzień. Sam to przechodziłem. Przez tydzień myślałem tylko o tym, że bardzo chcę jeść, ale muszę czekać. To jest okropne! Teraz mogę powiedzieć oficjalnie: jakbym chciał, to bym zjadł pączka! Po prostu później poćwiczyłbym więcej na siłowni lub czegoś innego sobie odmówił. Najważniejsze to mieć we wszystkim umiar. Dobra dieta to taka dieta, którą możesz utrzymać, bo ona jest na całe życie. Staram się po prostu odpowiednio dobierać składniki, są zresztą do tego programy w internecie. Warto wsuwać zdrowe węglowodany, zdrowe tłuszcze i białko.

Masz jakąś swoją ulubioną muzykę do ćwiczeń czy wolisz ćwiczyć w ciszy?

Na pewno nie będę oryginalny, ale bardzo lubię klasyki z filmu „Rocky” jak „Burning Heart” czy „Eye of the Tiger”. Podoba mi się też dubstep i rockowe kawałki, ale może bardziej do samochodu. Na co dzień słucham w zasadzie tego, co mi wpadnie w ucho. Lubię też Robbiego Williamsa i Michaela Jacksona oraz dobrą muzykę filmową.

Pochodzisz z Krakowa, spędziłeś  w tym mieście większość swojego życia. Dostrzegasz w sobie jakieś szczególne cechy typowe dla Krakusa?

Mówi się, że w Krakowie mieszkają „centusie”, nie? Nie jestem „centusiem”, ale uwielbiam się targować. W niektórych krajach, jak coś kupujesz i się nie targujesz, to jest dla sprzedającego obraza. Kiedy już byłem trochę rozpoznawalny i kupowałem coś na straganie, to pytałem: „Może pani coś dołoży?”. W końcu jedna pani mi trochę pocisnęła: „Pan w telewizji pracuje i targuje się o jedno jabłko?”. Od tego czasu postanowiłem, że milej mi będzie, jak ktoś coś dorzuci z własnej woli (śmiech).

Wiem, że bardzo lubisz podróżować. Masz swoje ulubione miejsce na ziemi?

Chciałbym wreszcie odwiedzić Los Angeles, bo jeszcze tam nie byłem. Z kolei z miejsc, które już odwiedziłem, bardzo mi się podobała Teneryfa. Byłem tam raz, ale dosyć długo i było ekstra. Chętnie bym tam wrócił i zwiedził całą wyspę, bo pewnie nie wszystko jeszcze widziałem. Kupujesz sobie bilet autobusowy i jeździsz przez pół wyspy - to niesamowite! Możesz zobaczyć prawdziwe życie tubylców, a nie tylko kurort. Polecam szczególnie klify i Los Gigantes. Co za widoki!

A jakie są Twoje plany i marzenia na przyszłość?

Cały czas czekam na nowe wyzwania, a na razie „work in progress”. Robię swoje i czekam na to, żeby ktoś zauważył to, co robię, i jak zniosą wizy, to kto wie…

Może Jim Carrey sobie o Tobie przypomni?

I jeszcze poprosi mnie o przeczytanie mojej pracy magisterskiej na jego temat? To byłoby piękne! Tego sobie życzę, żeby za jakiś czas przy jakimś fajnym filmie usiąść sobie z nim przy kawie i wspólnie poczytać (śmiech).


Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej na temat Bartosza Wagi, zajrzyjcie na jego oficjalną stronę:

wtorek, 12 lutego 2019

Rozmowa z Julią Chatys

Julia Chatys jest aktorką filmową, serialową i dubbingową, znaną przede wszystkim z roli Kasi Berg w serialu „Na Wspólnej”. Wcześniej grała m.in. w filmie Jana Jakuba Kolskiego „Wenecja” i serialu Disneya „Do dzwonka”. Podkładała również głos pod Katie Knight z „Big Time Rush”, Chynę Parks z „Nadzdolnych”, Sigrid z „Hobbita” i Skylar Burzę z „Oddziału specjalnego”. Obecnie studiuje na III roku Wydziału Aktorskiego Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi. W wywiadzie Julia opowiada między innymi o początkach swojej działalności aktorskiej, pracy w „Do dzwonka”, nagrywaniu dubbingów i dorastaniu na planie „Na Wspólnej”.

(Foto: Miłosz Rebeś)

Karierę aktorską zaczęłaś jako dziecko, zadebiutowałaś rolą Tosi w etiudzie filmowej „Koniec lata”. Jak wyglądały te Twoje aktorskie początki?

Właściwie to już jako siedmiolatka zagrałam w reklamie Ramy, więc zaczęło się od margaryny (śmiech). Dwa lata później była etiuda „Koniec lata” w reżyserii Karoliny Bielawskiej, a potem zagrałam w jednym odcinku „Niani” i serialu „Usta usta”. To wszystko działo się jakoś rok po roku.

A wcześniej przejawiałaś jakieś zapędy aktorskie?

Kiedy miałam trzy lata, moja siostra i mama zobaczyły, że brykam, fikam, tańczę, śpiewam i ogólnie jestem pobudzonym dzieckiem. Trzy lata później siostra znalazła na Ursynowie Dom Kultury na Wiolinowej i zapisała mnie do kółka teatralnego, które prowadził aktor Grzegorz Sierzputowski. Spędziłam tam cztery lata.

Które przedstawienie wspominasz najlepiej?

„Królewna Śnieżka”, w którym grałam tytułową rolę. Było to bardzo duże wyzwanie, ponieważ musieliśmy także śpiewać i przebierać się kilka razy podczas występu. Występowaliśmy w kostiumach wypożyczonych z teatru Stara Prochownia. Były za duże o 10 rozmiarów i ciągnęły się po scenie. Na pewno wyglądaliśmy w nich zabawnie!

Twoim pierwszym wielkim filmowym doświadczeniem była „Wenecja” Jana Jakuba Kolskiego, w której jako trzynastolatka paliłaś papierosa. To było dla Ciebie duże wyzwanie?

To był mój pierwszy papieros i rzeczywiście go paliłam. Było strasznie zimno, bo scenę kręciliśmy w wybudowanej piwnicy. Ten film był bardzo trudny i przy każdej scenie trzeba było dbać o wszelkie środki ostrożności, bo były one na swój sposób intymne. Tym bardziej, że wszyscy byliśmy wtedy dzieciakami. Wielkie podziękowania należą się całej ekipie, a przede wszystkim panu Jankowi, to dzięki nim mogliśmy czuć się dobrze i swobodnie na planie.

Przy scenach z udziałem dzieci zawsze jest cienka granica, której nie można przekroczyć.

Tak, zgadzam się. Na przykład scena z papierosem jest kontrowersyjna ze względu na całujące się dwie małe dziewczynki. Miałam też scenę z Marcinem Walewskim, odtwórcą roli Marka, kiedy jesteśmy na wozie wśród jabłek zerwanych z sadu i wkładam sobie te jabłka pod sukienkę, aby imitowały piersi, potem wyjmuję z buzi landrynkę i smaruję nią sobie usta. Te sceny były bardzo kobiecymi i sensualnymi motywami w wykonaniu dwunastolatki. Było to wyzwanie, ale nie bałam się tego, bo miałam do pana Janka zaufanie.

(Foto: Miłosz Rebeś)

Po „Wenecji” trafiłaś do obsady „Do dzwonka”, gdzie wcielałaś się w postać Martyny, siostry Konrada granego przez Piotra Janusza. 

Czasy Disneya były bardzo przyjemne, ale też trudne, bo trzeba było być „Disney friendly”. Przez trzy lata, kiedy braliśmy udział w serialu, byliśmy takimi chodzącymi ideałami. Bardzo żałuję, że ta fantastyczna przygoda się skończyła. Robiliśmy coś dla wielkiej firmy, która ma pod sobą tak wiele wspaniałych projektów.

Nie czułaś się skrępowana byciem grzeczną „Disney girl”?

Można było czuć się skrępowanym, bo musieliśmy reprezentować Disneyowy wizerunek osób bez skazy na ekranie i prywatnie. Wszystkie amerykańskie gwiazdki z „High School Musical” czy innych produkcji Disneya też zapewne miały taki podpunkt w umowach, co potem się im odbijało na gorsze. U nas na szczęście tak nie było. Żałuję, że projekt się urwał, bo zaczął się dobrze rozwijać, szczególnie od czasów „Do dzwonka Cafe”. Ten serial miał duży potencjał i można było zrobić kolejne transze.

Może warto zrobić jakiś wielki powrót po latach?

Czasem się śmiejemy z kolegami, że może zrobimy „Do dzwonka Cafe” po latach i oczywiście byłabym za. Pytanie tylko, czy ktoś jeszcze o tym pamięta, bo od ostatniej emisji minęło sześć lat. Zżyłam się z tymi ludźmi, bo pracowaliśmy razem prawie całe wakacje przez trzy lata. Nie narzekam na to, bo było pracująco, ale fantastycznie. Na planie robiliśmy przeróżne rzeczy - śpiewaliśmy, tańczyliśmy i graliśmy na instrumentach. Wydaliśmy nawet płytę i śpiewaliśmy na żywo. Przyszła skromna ilość ludzi, ale jednak przyszła i coś się z tego tworzyło dalej. Chciałabym, żeby to powróciło, lecz szanse na powrót są marne.

Dzięki temu serialowi poznałaś Wojciecha Rotowskiego, który stał się Twoim bratem w „Na Wspólnej”. Jak trafiliście do obsady tego serialu?

Wojtek jest moim serialowym bratem już od sześciu lat, a znamy się od 13. roku życia. Z tego co pamiętam, miałam dwa etapy castingów - najpierw normalny casting, a potem zdjęcia próbne, gdzie dobierali nas parami. Miałam wtedy trzech ojców (m.in. Wojtka Brzezińskiego, który został potem moim serialowym tatą) i dwóch innych braci - grałam między innymi z Natanem Czyżewskim. Najstarszego brata wtedy nie było, więc z Wojtkiem spotkaliśmy się dopiero na planie serialu, co było miłym zaskoczeniem.

Jesteś w serialu już sześć lat, więc można powiedzieć, że jako Kasia Berg dorastałaś na oczach widzów.

Przede wszystkim na oczach ekipy. Przyszłam tam w wieku 16 lat, a teraz mam 22. Ani ja, ani ekipa nie możemy w to uwierzyć. Wszyscy pamiętają jak dopiero szłam do liceum! (śmiech) 

Scenarzyści wprowadzają Ci coraz odważniejsze sceny…

Jestem w ciężkim szoku, bo myślałam, że po scenie seksu na dachu w wieku 18 lat z Mateuszem Gąsiewskim nic bardziej ekstremalnego mnie nie spotka, a nagle wiążą mnie z Dariuszem Żbikiem. To jest hit! Kiedy przeczytałam, że scenarzyści przygotowują mi wątek z Michałem Mikołajczakiem, pomyślałam: „Kurczę blade, jak oni mnie z tym prawnikiem mają połączyć?”. Pojawił się wątek bankietu prawniczego, gdzie pierwszy raz spotkali się Bergówna ze Żbiczkiem. Tak też zaczęła się ich „wielka miłość”.

Mało tego zostałaś wpakowana w trójkąt miłosny z Darkiem Żbikiem i Anetą Siwek. 

Najpierw był trójkąt Mateusz Gąsiewski-Michał Mikołajczak-ja, a potem się zrobił trójkąt ja-Dorota Krempa-Michał Mikołajczak. W sumie to już któryś trójkąt, bo wcześniej jeszcze była Patrycja Topajew, czyli siostra Mateusza Gąsiewskiego. Z kolei jeszcze wcześniej wątki z Jaśkiem i fotografem Rafałem. A czy będzie więcej trójkątów? Czas pokaże!

Przez pewien czas nie widzieliśmy Cię na ekranie, bo Twoja bohaterka wyjechała na studia do Hiszpanii. 

To było spowodowane moimi studiami, bo na pierwszym roku jest zakaz grania. Trzeba było odpuścić wszystko, nawet dubbingi. Trochę wypadłam z obiegu, aczkolwiek ostatnimi czasy zrobiłam dwa projekty dubbingowe. Pierwszy był dla mnie zaskoczeniem - „Deadpool 2”, gdzie podkładałam głos pod lesbijkę Elie. Lecą tam takie teksty, że byłam w szoku, że to idzie do kin. Non stop jest rzucane mięso i rynsztokowe teksty. Z kolei w te wakacje podkładałam głos do Hallie z nowego serialu Netflixa „Best Worst Weekend Ever”. To taka urocza grubaska, fajna dziołcha.

(Foto: Miłosz Rebeś)

Wspomniałaś o swojej pracy w dubbingu filmowym i serialowym. Masz jakąś swoją ulubioną postać, której użyczałaś głosu?

Nie wiem, ale chyba to będzie Chyna. Lubię podkładać głos pod czarnoskóre bohaterki. Trzeba wtedy mówić dolnymi rejestrami i robić z głosem różne myczki. Raz dwa lata temu zdarzyło mi się nawet grać chłopaka w serialu „Pan Peabody i Sherman Show”. Bardzo fajne są też dubbingi kinowe. Tam już musisz się postarać dwa razy bardziej - mówić donośniej i powtarzać zdania po kilka razy, aby wyszły perfekcyjnie. Ciekawym filmowym doświadczeniem był „Osobliwy dom pani Peregrine”. Byłam tam co prawda trochę tłem, ale kocham ten film. W 2010 grałam z kolei w „Niania i wielkie bum” Celię, dziewczynkę z bogatego domu, która przyjeżdża do kuzynostwa na wieś i cały czas narzeka. Podkładałam też głos w „Oddziale specjalnym” pod Skylar Burzę, która miała supermoc - latała i przenosiła różne rzeczy.

Sześć lat temu brałam też udział w nagrywaniu audiobooka „Gry o tron”, nie wiedząc wtedy jeszcze w ogóle, co to jest. Podkładałam głos pod Jeyne Poole, przyjaciółkę Sansy Stark. Któregoś razu oglądam „Grę o tron” i nagle myślę sobie, że brzmi to znajomo. Zaczęłam sprzątać w domu i znalazłam w szafce audiobook „Gry o tron” z moim nazwiskiem. Brałam udział w czymś, co teraz jest jednym z najlepszych seriali na świecie!

Studiujesz obecnie na Wydziale Aktorskim Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi. Jak oceniasz swoje studia?

Nie da się ich ocenić. Masz paletę profesorską, każdego lubisz trochę bardziej lub trochę mniej. Liczy się jednak przede wszystkim technika nauczyciela i podejście do ciebie. Nie ma zajęć, które by nic nie dawały. Te studia uczą przede wszystkim cierpliwości - do świata i do siebie. Musisz być gotowy na to, że ci się nie udaje i stosować metodę prób i błędów. Podstawową zasadą jest to, że nie jesteś ważny ty, tylko partner.

Na planie „Na Wspólnej” pracujesz ze starszym pokoleniem aktorów, m.in. z Bożeną Dykiel. Domyślam się, że na planie nie okazują oni wobec Ciebie wyższości.

Kocham panią Bożenkę Dykiel i to jest dla mnie zaszczyt, kiedy nie widzi mnie rok lub półtora, ale i tak zawsze się mnie zapyta: „Cześć Juleczka, jak tam u ciebie, jak studia, czy ze zdrowiem wszystko ok?”. Na tym polega bycie prawdziwym artystą, że zachowuje normalność. Ona nie musi nic nikomu udowadniać i doskonale o tym wie. Takimi samymi osobami są Magda Cielecka, Julia Kijowska i Agnieszka Grochowska, z którymi grałam w „Wenecji”. Chciałabym się z nimi spotkać na planie jeszcze raz. Moim marzeniem jest też zagrać u boku Janusza Chabiora, Mai Ostaszewskiej, Andrzeja Chyry i Janusza Gajosa.

(Foto: Miłosz Rebeś)

Aktorom dziecięcym często trudno uwolnić się z tego dziecięcego wizerunku, do którego przywykli widzowie, o czym świadczą m.in. przykłady Agnieszki Kaczorowskiej czy Julki Wróblewskiej. Nie miałaś z czymś takim problemu?

Dałeś dobre zestawienie tych dwóch dziewczyn. Aga Kaczorowska jest już dorosłą kobietą, mężatką, profesjonalną tancerką, a ludzie łączą ją tylko z Bożenką z „Klanu”. Z kolei Julka oprócz tego, że jako dziecko zagrała w „Tylko mnie kochaj”, występowała potem w innych produkcjach i cały czas gra oraz wzięła udział w wielu programach rozrywkowych, więc dorastała na oczach widzów. Ze mną jest trochę inaczej, bo jestem bardziej kojarzona z czasów, kiedy byłam nastolatką niż z produkcji, kiedy byłam małą dziewczynką.

Ty chyba unikasz udziału w celebryckich show…

Ludzie często pytają mnie, dlaczego nie biorę udziału w „Tańcu z Gwiazdami” czy „Twoja twarz brzmi znajomo”. Odpowiedź jest bardzo prosta. Nikt do mnie w tej kwestii nie dzwoni (śmiech).

Czyli nie chcesz być taką artystką obskakującą program po programie?

Z jednej strony dobrze to ująłeś, z drugiej strony źle, bo powiedziałeś, że nie jestem artystką, która ma ciągoty do obskakiwania programów po kolei. Moim zdaniem artysta nie powinien w ogóle mieć takich ciągot. Ci wszyscy ludzie, którzy są wszędzie, nie są artystami, tylko celebrytami. Nękać widzów na każdym możliwym kanale i o każdej porze? To byłoby czyste kuriozum. Oprócz tego nie wyobrażam sobie siebie np. pozującej z butem czy świeczką lub wąchającej najnowszą 100% Arabica.

Wspomniałaś o płycie, którą nagraliście wspólnie z ekipą „Do dzwonka”. A jakiej muzyki sama najchętniej słuchasz?

Przez to, że mam starszą o 9 lat siostrę, to jak byłam mała słuchałam przede wszystkim polskiego hip hopu i rapu, czasem też Myslovitz, Muńka Staszczyka, Wilków, Kasi Nosowskiej, Brodki i Sistars. Potem doszły do tego utwory zagraniczne i artystki takie jak Beyoncé, Jennifer Lopez i Shakira. Przez to, że wychowałam się na Ursynowie, słuchałam takich raperów jak Kali, Bonus RPK, Ostry i Hemp Gru.

Nie mam ulubionych artystów, tylko pojedyncze kawałki od wybranych muzyków. Bardzo podobają mi się „Nagasaki” i „Ja pas!” Nosowskiej, nowa Brodka, utwór Dziarmy i Adiego „Placebo” czy „Coolaid” samej Dziarmy. Jesienią i zimą słucham z kolei Chopina, Szostakowicza i Wieniawskiego. Kocham też LP, słucham też trochę Żabsona, Projektu Tymczasem i Reto. Bardzo lubię Dyjaka, Peszek i Mister D., czyli Dorotę Masłowską.

Jakie są Twoje plany na najbliższy czas?

Skończyć szkołę i zacząć bardzo mocno rozwijać się w branży aktorskiej.


Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej na temat Julii Chatys, zajrzyjcie na jej oficjalną stronę:
https://www.instagram.com/juliachatys/