środa, 21 sierpnia 2019

Rozmowa z Krzysztofem Kwiatkowskim

Krzysztof Kwiatkowski jest pochodzącym z Krakowa aktorem, któremu popularność przyniosły role w serialach „Hotel 52”, „Na dobre i na złe” i „M jak miłość” oraz w filmie historycznym „Dywizjon 303. Historia prawdziwa”. Występował na deskach Teatru Stu w Krakowie oraz w Teatrze Studio, Teatrze Polskim i Teatrze Kwadrat w Warszawie. W 2009 ukończył Wydział Aktorski Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie (obecnie Akademia Sztuk Teatralnych im. Stanisława Wyspiańskiego). W wywiadzie Krzysztof opowiada między innymi o początkach swojego zainteresowania aktorstwem, pracy na planie filmów i seriali, ulubionych rolach teatralnych i planach na przyszłość.

(Foto: Klaudia Kurek)

Jako syn producenta muzycznego i teatralnego od najmłodszych lat miałeś styczność z teatrem i muzyką. Jak wyglądały początki Twojego zainteresowania aktorstwem?

Z racji tego, że mój tata reżyserował w latach 80. kabaretony (maratony kabaretowe) i koncerty rockowe, często zabierał mnie z siostrą za kulisy. Poznawałem wówczas aktorów, artystów kabaretowych, muzyków i wokalistów, chłonąc tę artystyczną atmosferę. Kiedy byłem nastolatkiem, moja starsza o trzy lata siostra zabierała mnie ze sobą na warsztaty teatralne. Należałem też do kółka teatralnego. Bardzo mi się to podobało, ale nie wiązałem z tym jeszcze swojej przyszłości. Byłem wtedy bardzo mocno zaangażowany w sport, przede wszystkim w piłkę nożną. Grałem w różnych krakowskich klubach, zaczynając od Armatury Kraków, przez Krakus Swoszowice, aż po mały epizodzik w Hutniku Kraków. Myślałem, że pójdę w tym kierunku. Byłem w klasie sportowej w szkole podstawowej, więc interesowałem się też lekkoatletyką, sztukami walki i siatkówką. Reprezentowałem szkołę na zawodach siatkarskich i w biegach krótko- i długodystansowych. Byłem zanurzony w sporcie i to mi zostało, bo bez sportu nie potrafię żyć.

Aktor gra w dużej mierze ciałem, więc sport odgrywa w tym zawodzie dużą rolę.

W ogóle w zawodzie aktora forma i pewność ciała są kluczowe, więc to zamiłowanie do sportu zawsze się przydawało. Z marzeń o karierze piłkarskiej musiałem jednak zrezygnować z powodu kilku kontuzji. Wiedziałem, że stawy skokowe już tak dobrze nie działają i nie ma to już sensu. To przyszło dość naturalnie, bo akurat przechodziłem z gimnazjum do liceum - zrezygnowałem ze sportu, aby skupić się na nauce i wykształceniu.

Od razu po rezygnacji z marzeń o karierze piłkarza pojawiło się aktorstwo, czy było jeszcze coś po drodze?

Dałem sobie trzy lata liceum na to, żeby wybadać swoje powołanie. Byłem w klasie o profilu dziennikarskim, miałem praktyki w „Gazecie Krakowskiej” i Radiu Kraków. Pisałem artykuły i przeprowadzałem wywiady. Zawsze miałem lekkie pióro, więc nauki humanistyczne bardzo mnie interesowały. Nie wykluczałem dziennikarstwa lub historii sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Po drodze brałem też udział w kółkach teatralnych i konkursach recytatorskich. W końcu zbliżała się matura i trzeba było podjąć decyzję, co dalej. Moja siostra była już wtedy szkole teatralnej we Wrocławiu, więc odwiedzałem ją i poznawałem wrocławskie środowisko aktorskie od strony studenta. Powoli wyrabiałem sobie opinię i stwierdziłem, że spróbuję swoich sił w aktorstwie. Zdawałem do szkół wrocławskiej, krakowskiej i warszawskiej - do łódzkiej nie mogłem, bo pisałem wtedy maturę z historii sztuki. Ostatecznie dostałem się do Krakowa i Wrocławia, ale z racji tego, że siostra była we Wrocławiu, wybrałem Kraków. Tak to się zaczęło.

Trochę było to pójście na łatwiznę, bo nie musiałeś dojeżdżać.

Tutaj nie mogę się zgodzić. Wybrałem szkołę teatralną krakowską ze względu na kadrę pedagogiczną i krakowski klimat. Zresztą jak tylko dowiedziałem się, że dostałem się do Krakowa, wynająłem mieszkanie, żeby żyć na własny rachunek. Poza tym mój dom rodzinny jest na Kurdwanowie, podkrakowskim osiedlu, oddalonym od centrum miasta jak Wawer od centrum Warszawy. Dużo czasu traciłbym na dojazdy, więc przeprowadziłem się bliżej.

W 2009 ukończyłeś studia na Wydziale Aktorskim Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie. Co najbardziej zaskoczyło Cię w tej uczelni, a co sprawiało Ci największą radość?

W sumie to nic mnie nie zaskoczyło, bo znałem już doświadczenia mojej siostry ze Szkoły Teatralnej we Wrocławiu. Zapieprzałem jak mały samochodzik, ale w ogóle mnie to nie męczyło, ponieważ wszystko sprawiało mi przyjemność. Czy to były zajęcia z wiersza, prozy, sceny klasyczne i współczesne, szermierka, akrobatyka, basen, wf czy rytmika - odpowiadało to moim zainteresowaniom i fascynacjom. Spotykałem też fantastycznych pedagogów: Jerzego Trelę, Annę Polony czy Dorotę Segdę i reżyserów jak Krystian Lupa i Małgorzata Hajewska. Byli oczywiście koledzy i imprezy - niesamowity świat. Miałem świadomość, jak to będzie wyglądać, więc wszedłem w to jak w masło.

Czy w Twoim roczniku były jakieś znane nazwiska?

Z osób, które na pewno kojarzysz, byli w moim roczniku: Tomek Schuchardt, który grał m.in. w „Bodo”, „Jesteś Bogiem” czy „Karbali”, Ania Gorajska, która występuje w Teatrze Dramatycznym oraz Piotrek Domalewski, reżyser „Cichej nocy”, który wcześniej był na moim roku na Wydziale Wokalnym z Basią Kurdej-Szatan.

(Foto: Aleksandra Grochowska)

Jeszcze w czasie studiów zagrałeś m.in. w filmie dokumentalnym „Pamiętnik Leo” - była to Twoja pierwsza rola historyczna.

Tak, to był taki historyczny fabularyzowany dokument o postaci młodego krakowskiego chłopaka żydowskiego pochodzenia. To było moje pierwsze zetknięcie z historyczną rolą, ale niestety nic więcej z tego filmu nie pamiętam.

Przypominam ten film, ponieważ w 2018 zagrałeś kolejną historyczną rolę Mirosława Fericia, polskiego lotnika chorwackiego pochodzenia, w filmie „Dywizjon 303. Historia prawdziwa”. Jak wspominasz tę rolę? Z tego co wiem, miałeś się nawet spotkać z synem pana Fericia.

Była taka możliwość, żeby spotkać się z jego synem w Londynie, gdzie mieszka, ale nie udało mi się ze względu na problemy terminowe. Produkcja organizowała spotkanie z pilotami Dywizjonu 303, ale mimo moich szczerych chęci, nie mogłem tam być. Mirosław Ferić był wielką postacią, więc wcielenie się w tę rolę było dla mnie dużym zaszczytem.

Postać niezwykła, ale zarazem nieco zapomniana - przeciętny człowiek niestety jej nie kojarzy.

Przeciętny człowiek wie o Dywizjonie 303 - polskich pilotach walczących w bitwie o Anglię. Filmy są chyba najlepszą drogą, żeby przypomnieć i uświadomić ludziom, kim byli poszczególni piloci. Obraz filmowy najlepiej przecież przemawia do odbiorcy.

Zaczytywałeś się w historii Fericia przed wejściem na plan?

Tak, dużo czytaliśmy. Produkcja udostępniła nam różne materiały archiwalne dotyczące Dywizjonu 303. Miałem też dostęp do niepublikowanego dziennika Mirosława Fericia, który był kronikarzem Dywizjonu. Oryginał jest w londyńskim muzeum, ale otrzymałem jego kserokopię. Czytałem ten dziennik i rzeczywiście jest fantastyczny. Ferić jako żołnierz pisał prostym, bardzo oszczędnym językiem, ale przez to bardzo oddziałującym na wyobraźnię.

Czy role, które grasz, na długo zostają Ci w pamięci i oddziałują na Ciebie?

Z mojego doświadczenia mogę powiedzieć, że role zostają w człowieku. Niektóre mocniej, niektóre słabiej. Rozpamiętywanie roli może być jednak męczące dla aktora. Ważne jest, żeby umieć się od tego odciąć, aby zachować aktorskie BHP. Gram spektakle w Teatrze Polskim, Teatrze Kwadrat, Teatrze Stu w Krakowie, występuję w dwóch serialach i jeszcze kręcę film, więc muszę to od siebie separować, żeby normalnie funkcjonować.

Wspomniałeś o rolach serialowych. Cały czas grasz w „M jak miłość”, wcześniej występowałeś w serialach „Na dobre i na złe” czy „Hotel 52” - te role przyniosły Ci sporą popularność. Jesteś kojarzony z granymi postaciami i zaczepiany na ulicy, czy raczej tego nie odczuwasz?

Czuję popularność i ludzie mnie kojarzą, ale nie jest ona jakoś skrajnie duża. Może jest to związane z tym, że bardzo mocno oddzielam pracę od życia prywatnego i nigdy na siłę nie starałem się być celebrytą. Miałem różne możliwości, żeby trafić na pierwsze strony gazet, ale u zarania się od tego odciąłem. Wiele razy powiedziałem „nie, nie jestem zainteresowany” i skupiłem się tylko na pracy. Staram się być aktorem, który występuje w projektach, a nie bywa na imprezach.

Czyli na ścianki tylko w ramach promocji własnego filmu?

Wychodzę właśnie z tego założenia. Ścianki, wywiady i spotkania tak, ale w ramach konkretnego projektu. Prywatnie staram się tego unikać, a w mediach społecznościowych pokazuję w 90% rzeczy związane z moją pracą, bez prywaty. Niektórzy polscy aktorzy mają nawet milion followersów, a każdy ich post ma setki tysięcy polubień i to też jest jakaś droga. Wartość rynkowa aktora i jego popularność w mediach też są obecnie bardzo ważne i mogą stanowić wyznacznik tego, czy dostanie rolę. Tak działa showbiznes. Staram się jednak zachowywać równowagę.

(Foto: Aleksandra Grochowska)

Miałeś okazję zagrać w jednym odcinku amerykańsko-niemiecko-francuskiego serialu kryminalnego „Przekraczając granice”. Jak wspominasz pracę na zagranicznym planie zdjęciowym?

Fantastycznie! Pracowałem akurat nad jakimś spektaklem w Krakowie, kiedy dostałem informację o castingu w Warszawie. Przyjechałem na pierwszy etap, potem musiałem wrócić do Krakowa na próby, po czym miałem drugi etap castingu (tzw. recall). Następnie znów wróciłem do Krakowa, ale nazajutrz dostałem informację, że dostałem rolę i pojutrze mam samolot do Pragi. Miałem tam spędzić na planie 10 dni. Kiedy przyleciałem do Pragi i wszedłem na plan, wszystko odbywało się dla mnie jak we śnie. Nagle stoją przede mną, chłopakiem z Krakowa, Donald Sutherland, William Fichtner i Carrie-Anne Moss, partnerka Keanu Reevesa z „Matrixa”. To było dla mnie spełnienie marzeń - fantastyczna sprawa i genialna praca! Poznałem też na planie Thomasa Wlaschihę, który grał w pierwszych sezonach „Gry o tron” nauczyciela Aryi Stark. Byłem zaskoczony, kiedy go tam zobaczyłem.

Grałeś w języku polskim czy angielskim?

Grałem Polaka, ale mówiłem po angielsku. Miałem tylko jedną scenę w języku polskim z Krzysztofem Pieczyńskim, który grał mojego ojca. Kłóciliśmy się w tej scenie po polsku, a potem pojawili się pozostali aktorzy i już graliśmy po angielsku.

Występowałeś w teatrach w Krakowie i Warszawie, zagrałeś między innymi tytułową rolę w szekspirowskim „Hamlecie”. Która z ról teatralnych była dla Ciebie najważniejsza?

Nie da się ukryć, że rola Hamleta jest marzeniem i kamieniem milowym wielu młodych aktorów. Gdy otrzymałem tę rolę, był to dla mnie gigantyczny sprawdzian i nie wiedziałem, czy ją udźwignę. Miałem jednak wspaniałego reżysera Krzysztofa Jasińskiego, który doskonale prowadzi aktora. Na pewno był to dla mnie przełomowy moment.
Niemniej jednak mój debiut teatralny w Teatrze Studio w Pałacu Kultury w głównej roli Genezypa Kapena w „Nienasyceniu” Witkacego również był dla mnie bardzo dużym wyzwaniem.

A poza „Hamletem” i „Nienasyceniem”?

Na pewno moja pierwsza rola w Teatrze Polskim w „Irydionie”, bo była to sztuka wystawiana na stulecie teatru. To było w 2013, zanim jeszcze dołączyłem do stałej obsady teatru. Ten spektakl i cały jubileusz były organizowane z wielką pompą. Zagrać tę sztukę dokładnie 29 stycznia w sto lat od premiery było dla mnie wielkim przeżyciem. W dodatku moją rolę grał wtedy legendarny Józef Węgrzyn.

Masz jeszcze jakąś wielką rolę, o której marzysz?

Nie mam jakichś konkretnych marzeń o rolach. Zobaczymy, co przyniesie czas.

(Foto: Klaudia Kurek)

W 2017 wystąpiłeś w programie „Twoja twarz brzmi znajomo”, gdzie wcielałeś się między innymi w Madonnę i Bonnie Tyler oraz śpiewałeś piosenkę ze „Skrzypka na dachu”. Skąd pomysł na wzięcie udziału w programie i jak go wspominasz?

Dostałem propozycję udziału, która idealnie wpasowała mi się w kalendarz, bo akurat miałem trzymiesięczną przerwę bez prób w teatrze. Lubię śpiewać, a jest tam też dużo rzeczy aktorskich, więc uznałem, że to może być fantastyczna przygoda.

Jest to program celebrycki, ale zarazem może chyba pomóc w kształtowaniu wokalnego i aktorskiego warsztatu. 

Oczywiście, że tak. Jak nie zrobisz odpowiedniego głosu do postaci, to cała Polska to później widzi. Miałem też kilka razy propozycję z „Tańca z Gwiazdami”, ale niestety nie dysponuję w tej chwili odpowiednią ilością wolnego czasu . Nie jestem w stanie poświęcić trzech miesięcy na regularne próby. Z chęcią bym jednak zatańczył, bo w szkole teatralnej na III roku byłem jednym z założycieli szkolnej formacji tanecznej. Zrobiliśmy nawet pokaz na koniec roku z tańcami współczesnymi i klasycznymi jak tango.

Czyli jesteś otwarty na kolejne programy w rodzaju „Twoja twarz brzmi znajomo”?

Dlaczego nie? Bardzo lubię nowe wyzwania i jeżeli coś mnie ekscytuje i zapali, to wchodzę w to.

A która z postaci, w które wcielałeś się w programie, najbardziej Cię „ekscytowała”?

Na pewno „Skrzypek na dachu”, ale też Leonard Cohen. Bardzo go cenię i szanuję jako artystę, więc wcielenie się w niego było dla mnie bardzo ważnym momentem. Wielką przyjemność sprawiło mi też zaśpiewanie z Moniką Borzym utworu „Z tobą chcę oglądać świat” Zbyszka Wodeckiego. Dzwoniłem nawet do Zbyszka, bo znaliśmy się z Teatru Stu ze spektaklu „Sonata Belzebuba”, aby obejrzał ten program. Powiedział mi jednak, że jest w szpitalu i niestety kilka dni później zmarł. Z kolei postaci kobiece były dla mnie dużym wyzwaniem z racji głosu, ponieważ mój jest dosyć niski i mocny. Próbowałem szeptać, ale wiedziałem, że to nie będą moje odcinki. Przy Madonnie skupiłem się więc przede wszystkim na tańcu i charakterze, bo nie przeskoczę swojego barytonu. Podobała mi się też Metallica, bo jako James Hetfield w „Whiskey in the Jar” mogłem się wyżyć i rozpieprzyć gitarę. Choreografia do teledysku „Bo z dziewczynami” Jerzego Połomskiego też była fajnym doświadczeniem. Ten program to fantastyczna zabawa, ale przede wszystkim ciężka praca i niemiłosierny zapieprz. Bardzo dużo się w nim nauczyłem.

Nie było to Twoje pierwsze doświadczenie muzyczne, bo jako młody chłopak miałeś swój zespół Chris Peter Band. Jak wspominasz swoją przygodę z własną kapelą?

Byłem wtedy na studiach. Grałem covery, a na scenie towarzyszyły mi dziewczyny z wydziału jazzu w Katowicach, które tańczyły i robiły chórki. W sezonie wakacyjnym koncertowaliśmy po całej Polsce. Był to mój sposób na zarobek, ale też fantastyczna szkoła. Zaśpiewanie 17 piosenek rockowo-popowych naprawdę nie jest łatwe, więc uczyłem się operowania głosem. Teraz większość artystów śpiewa z playbacku lub leci drugi wokal w tle, a ja wszystko śpiewałem na żywo, tylko w niektórych utworach miałem dograny głos. Uczyłem się też kontaktu z publicznością - wprowadzałem ją w kolejne piosenki, czasem zarzucając jakiś żart.

Nie znalazłem w internecie żadnych nagrań z Twoich koncertów. Jaki mieliście repertuar?

Głównie utwory rockowe i popowe. Z rockowych np. Smokie „Living Next Door to Alice”, też Andrzeja Zauchę, Czesława Niemena „Pod papugami” czy Santanę. Przeboje polskie i zagraniczne.

Skoro jesteśmy w temacie muzyki: jakie są Twoje ulubione utwory?

Wszystko zależy od nastroju. Na pewno jednym z moich ulubionych artystów jest Leonard Cohen, a jeżeli chodzi o rock, to bardzo lubię Erica Claptona, który towarzyszy mi od najmłodszych lat. Lubię też posłuchać jazzu, bluesa czy muzyki elektronicznej, a czasem też muzyki filmowej. Nie zamykam się na polską muzykę, ale taką z tekstem jak np. utwory Agnieszki Osieckiej i Mirka Czyżykiewicza. Biorę zresztą udział w spektaklu-koncercie w Teatrze Polskim „Cygan w Polskim. Życie jest piosenką”, w którym śpiewamy piosenki Jacka Cygana.

(Foto: Klaudia Kurek)

Wspomniałeś o swoim sportowym zacięciu już od dzieciństwa. Jakie obecnie uprawiasz sporty?

Od lat trenuję sztuki walki. Jeszcze w szkole teatralnej nieśmiało myślałem o boksie. W przerwach między zajęciami mieliśmy z kolegami rękawice i się naparzaliśmy. Jak tylko przyjechałem do Warszawy, to od razu zapisałem się do klubu i od tego czasu trenuję w miarę moich możliwości czasowych. Przez pięć lat trenowałem tylko boks, ale w ostatnich latach dołączyłem kickboxing i tajski boks. Od pewnego czasu bywam również na siłowni, bo w nowym filmie gram gangstera i muszę zbudować postać przypakowanego i wydziaranego gościa z charakterem. Sama idea siłowni nie za bardzo mnie jednak pociąga.

Pochodzisz z Krakowa, ale od kilku lat mieszkasz w Warszawie. Mówi się, że te dwa miasta za sobą nie przepadają. Odczuwasz jakoś te krakowsko-warszawskie antagonizmy?

Nie, wręcz przeciwnie. Nie mam z tym żadnych problemów i często mówię, że jestem z Krakowa. Bardzo często dyskutuję z ludźmi na ten temat tych rzekomych antagonizmów. Ludzie często się dziwią, że lubię Warszawę, bo przecież ludzie z Krakowa nie lubią Warszawy. Tłumaczę im wtedy, że kocham Warszawę i kocham Kraków. Dlaczego miałbym nie lubić miasta z powodu jakichś stereotypów? Czasem się nad tym zastanawiam i zupełnie tego nie rozumiem.

Masz jakieś swoje ukochane miejsce w Krakowie?

Oprócz domu rodzinnego przede wszystkim Stare Miasto, gdzie spędziłem okres moich studiów i liceum, bo chodziłem do VIII Liceum Ogólnokształcącego im. Stanisława Wyspiańskiego niedaleko centrum. Mam stamtąd wiele pięknych wspomnień.

Cały czas występujesz w nowych filmach, serialach i spektaklach. Jak mógłbyś opisać swoje plany i cele na najbliższy czas?

Jak to się mówi: powiedz Bogu o swoich planach, to cię wyśmieje. Kręcimy teraz komedię gangsterską „Futro z misia” w reżyserii Michała Milowicza i Kacpra Anuszewskiego, pod opieką artystyczną Olafa Lubaszenki. Obsada jest trochę jak z filmów Guya Ritchiego - w każdej roli jakieś mocne nazwisko, nawet w epizodach. W tym przypadku w głównych rolach zobaczymy m.in. Olafa Lubaszenko, Mirosława Zbrojewicza i Cezarego Pazurę. Czytając scenariusz, dobrze się bawiłem, więc trzymam kciuki, żeby to była dobra komedia. Z kolei teatralnie zaczęliśmy pod koniec sezonu robić „Dziady” Mickiewicza w Teatrze Polskim w reżyserii Janusza Wiśniewskiego. Od sierpnia wznawiamy próby, aby w połowie października wystawić sztukę. Wcielam się w postać Senatora, więc to będzie spore wyzwanie. Zapowiada się ciekawy rok, ale też wspaniały i szalony rok za mną, bo miałem cztery premiery w trzech różnych teatrach. Nakręciłem też serial kryminalny „Cień”, który będzie miał premierę telewizyjną już jesienią 2019.


Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej na temat Krzysztofa Kwiatkowskiego i jego aktorskiej działalności, zajrzyjcie na jego oficjalną stronę:
http://www.krzysztofkwiatkowski.com/
https://www.facebook.com/krzysztof.piotr.kwiatkowski/
https://www.instagram.com/krzysztofkwiatkowskiofficial/

wtorek, 13 sierpnia 2019

Rozmowa z Łukaszem Czarneckim

Łukasz Czarnecki jest tancerzem reprezentującym najwyższą międzynarodową klasę taneczną „S” w tańcach latynoamerykańskich i standardowych. Popularność przyniósł mu przede wszystkim udział w programie „Taniec z Gwiazdami”, gdzie partnerował między innymi Annie Samusionek, Annie Guzik, Natalii Lesz i Francys Barrazie Sudnickiej. Kilka lat temu zrezygnował z tańca zawodowego na rzecz działalności biznesowej - był między innymi jednym ze współwłaścicieli sieci siłowni Elite Gym. Obecnie zaś aktywnie działa w mediach społecznościowych, gdzie prezentuje swoje modowe stylizacje i promuje zdrowy styl życia. W wywiadzie Łukasz opowiada między innymi o początkach swojej kariery tanecznej, udziale w „Tańcu z Gwiazdami”, modzie i aktywności fizycznej oraz nowych projektach.


Z tego co wiem na pierwsze zajęcia taneczne zacząłeś chodzić w wieku sześciu lat. Jak wyglądały początki Twojej przygody z tańcem?

Przygoda z tańcem zaczęła się od tego, że moi rodzice tańczyli. Byli parą taneczną i stąd tak naprawdę wziąłem się na świecie (śmiech). Nawet kiedy mama była w ciąży, to rodzice tańczyli razem na turniejach. Jako dziecko cały czas towarzyszyłem im podczas treningów i wyjazdów na turnieje. Chcąc, nie chcąc, sam chciałem w końcu spróbować tańczyć.

Uczyli Cię przede wszystkim rodzice czy pobierałeś nauki u kogoś innego?

Moi rodzice zaczęli otwierać szkoły tańca i prowadzić zajęcia, więc zapytali się mnie, czy chcę brać udział. Stwierdziłem, że chcę i tak to się zaczęło.

A jak wspominasz swój pierwszy turniej taneczny?

Miałem chyba siedem lat, a turniej organizowali rodzice. Z tego, co pamiętam, odbywał się w technikum i był tylko dla par z klubu. Takie były początki. Z roku na rok było tego coraz więcej, chociaż w przypadku dzieci nie było to jeszcze zbyt profesjonalne. Najpierw to były tylko wyróżnienia, potem dopiero pojawiły się nagrody.

Jakie zatem były te pierwsze prawdziwe sukcesy?

W wieku dwunastu lat zaczęło mi iść coraz lepiej i zacząłem jeździć po turniejach na całym świecie. Zacząłem więcej trenować i bardziej profesjonalnie podchodzić do tańca. W wieku czternastu lat zacząłem odnosić sukcesy. Wtedy nie myślałem jeszcze o przyszłości, tylko o tym, co tu i teraz: szkoła, koledzy i codzienne treningi oraz wyjazdy na obozy i turnieje. Byłem mocno pochłonięty tym tanecznym światem. Potem zacząłem tańczyć w parze z Anetą Piotrowską, z którą byliśmy jedną z pierwszych polskich par tanecznych z zagranicznymi sukcesami. Sześć razy zdobyliśmy tytuł mistrza Polski, co było dla nas ogromnym wyróżnieniem. Cztery razy braliśmy udział w mistrzostwach świata i zakwalifikowaliśmy się do finału, byliśmy też w finałach największych turniejów. Później tańczyłem z kolei z Kamilą Kajak, która była zresztą moją ostatnią partnerką.

W latach 2007-2011 i 2014 występowałeś w „Tańcu z Gwiazdami”, gdzie tańczyłeś między innymi z Anną Samusionek, Anną Guzik i Olgą Bołądź. Jak wspominasz to doświadczenie?

„Taniec z Gwiazdami” pojawił się, kiedy miałem dwadzieścia lat i tańczyłem zawodowo na turniejach. Kiedy wszedłem w świat programu, przewartościowałem sobie pewne rzeczy i zacząłem inaczej patrzeć na moją przyszłość. Wystąpiłem w dziesięciu edycjach. Pierwszą moją edycję tańczyłem z Anną Samusionek - ale byłem wtedy młodziutki! (śmiech) Większość tancerzy była ode mnie kilka lat starsza, ale w dużej mierze znaliśmy się od dziecka. Byliśmy jedną paczką - razem ćwiczyliśmy i jeździliśmy po turniejach. Mieliśmy też wspólnych trenerów tanecznych, wielu z nas wyszło bowiem ze szkoły Moniki i Romana Pawelców. Do tego dwa razy w roku widzieliśmy się na obozach, stąd też ta nasza bliska znajomość.

Czy nauka gwiazdy tańca, często od podstaw, była dla Ciebie dużym wyzwaniem?

Jak się to robi pierwszy raz, jest to nie lada wyzwaniem. Trzeba nabrać doświadczenia w pedagogice i podejściu do osoby, która nigdy nie tańczyła. Do tego trzeba nauczyć jej tańca w krótkim czasie, co jest bardzo trudne. To było dla mnie totalnie nowe doświadczenie, gdyż na co dzień tańczyłem z profesjonalną partnerką. Daliśmy jednak radę i z edycji na edycję szło coraz lepiej.

W 2007 z Anną Guzik wygraliście program i zdobyliście Kryształową Kulę. 

Czasem to zależy od tego, z kim tańczymy i jak się dogadujemy, jaka jest gwiazda i jak popularna. Wiele czynników składa się na sukces, ale my tancerze staramy się robić wszystko jak potrafimy najlepiej. To jest nasza działka, ale oczywiście nie na wszystko mamy wpływ.

Z kim najlepiej Ci się tańczyło?

Trudno powiedzieć. Z każdym tańczyło się inaczej i dzięki każdej z tych osób zyskałem inne doświadczenia. Super pracowało mi się z Anią Guzik - włożyliśmy w pracę ogromną pasję i bardzo przyłożyliśmy się do tego, żeby fajnie tańczyć.

W okresie „Tańca z Gwiazdami” miałeś okazję zagrać tancerza w „Niani”, a w 2013 występowałeś w roli instruktora tańca Eryka w „Barwach szczęścia”. Jak wspominasz te aktorskie doświadczenia?

Rola w „Niani” była króciutka, bo grałem tancerza dostarczającego śpiewający telegram. Nie było to jednak tak proste, jak się wydaje, bo tancerze na ogół jednocześnie nie śpiewają. Trzeba było skoordynować te dwie rzeczy, co było dla mnie nowym doświadczeniem. Bardzo miło to jednak wspominam i do teraz śmieję się jak to widzę. Rola instruktora w „Barwach szczęścia” też była krótka, trwająca kilka odcinków. Wyglądałem wtedy zupełnie inaczej - po trzydziestce trochę się zmieniłem.

Występowałeś również w rolach tanecznych w Operze Narodowej i Teatrze Capitol w Warszawie. Jakie uczucia towarzyszyły Ci na tych wielkich scenach?

Praca w teatrze stanowiła dużą część mojej kariery tanecznej. W Teatrze Capitol mieliśmy z tancerzami z „Tańca z Gwiazdami” wspólne show „Lady Fosse”, a następnie „Saligię”. Robiliśmy to przez wiele lat i to była niesamowita przygoda. Na scenie Opery Narodowej występowałem z kolei w „Traviacie” w reżyserii Mariusza Trelińskiego. Mogłem się spełnić w tych rolach nie tylko tanecznie, ale też kostiumowo i aktorsko.

Myślałeś o tym, żeby dalej rozwijać się w kierunku aktorstwa?

Nie myślałem o tym. Czasem jednak jak oglądam seriale, myślę sobie, że fajnie grać niektóre role. Dostaję propozycje udziału w różnych teledyskach i czasem los podsyła różne ciekawe rzeczy. Raz wystąpiłem nawet w teledysku Natalii Lesz do piosenki „Miss You”.


W pewnym momencie zostawiłeś taniec na rzecz działalności przedsiębiorczej - byłeś m.in. współwłaścicielem sieci siłowni Elite Gym. 

Miałem po drodze różne przygody (śmiech). Była przerwa w „Tańcu z Gwiazdami” i trzeba było zdecydować, co teraz. Zawsze myślałem o swojej przyszłości i o tym, co zrobię, kiedy już nie będę tańczył. Miałem pomysł, aby otworzyć placówkę bankową i prowadziliśmy ją z Francys przez rok. Było to dosyć dziwne doświadczenie - zupełnie nowy rodzaj pracy, w którym trzeba było nauczyć się bankowości od podstaw. Lubię wyzwania, więc jak ktoś mi mówi, że czegoś się nie da, to ja to robię. Nie szło nam nawet źle, ale w pewnym momencie zaczęło mnie to nudzić. Nie pasowało to do nas - mam w sercu coś innego.

Jesteś bardziej typem sportowca?

Jestem sportowcem, artystą i biznesmenem i chcę to łączyć w jedno, a to była typowa praca biurowa. Potem otworzyłem klub Elite Gym w Trójmieście, który obecnie funkcjonuje już pod inną nazwą i z innym właścicielem. Był to epizod, ale stworzyliśmy coś zajebistego. Zostaliśmy mocno wzięci pod uwagę na polskim rynku.

Obecnie jesteś bardzo aktywny w mediach społecznościowych, gdzie zamieszczasz swoje zdjęcia w różnych stylizacjach i promujesz zdrowy styl życia. Jak mógłbyś opisać swoją obecną działalność?

Interesuję się wszystkim, co związane z modą i stylem oraz dbaniem o siebie i własny wizerunek. Przychodzi mi to dość naturalnie. Lubię to robić i chcę to rozszerzać. Planuję też ruszyć z kanałem na Youtubie, ale potrzebuję trochę czasu i większego bodźca do działania. Pracuję teraz zresztą nad jeszcze jednym projektem i jak zwykle mam mało czasu.

Kiedy zacząłeś interesować się modą?

Właściwie od małego eksperymentowałem trochę z modą i tym jak się ubierać. Zawsze starałem się wyróżniać zamiast ubierać się jak każdy kolega. Sporo jeździłem po świecie w ramach turniejów, więc widziałem, jak ubierają się tancerze z innych krajów i jaka jest moda za granicą. Pomału to zainteresowanie się rozwijało.

Nie myślałeś o stworzeniu własnej marki ubrań?

Nie wykluczam, bo chciałbym kiedyś, może we współpracy z kimś, stworzyć kolekcję ubrań. Przede wszystkim jednak codziennych, typowo na ulicę, a nie konkretnie robionych pod taniec.

Jak narodził się u Ciebie pomysł pójścia w media społecznościowe?

Instagrama zacząłem prowadzić tak po prostu, jak tylko powstał. Francys mnie do niego przekonała, podobnie zresztą jak do Facebooka, bo nie wiedziałem do czego mi on potrzebny. Potem zacząłem te profile w miarę systematycznie rozwijać sam. Chciałem dzielić się z ludźmi tym, że ćwiczę, pokazywać swoje stylizacje i inspirować innych. Ludzie piszą mi, że im się to podoba, więc dlatego też to robię.

Czyli można powiedzieć, że jesteś influencerem i motywatorem? Jakbyś się podpisał?

Zwał jak zwał. Nie napiszę o sobie, że jestem influencerem - po prostu jestem sobą i robię różne rzeczy. Całe życie tańczyłem i zawsze będę tancerzem, ale też prowadziłem rozmaite biznesy. Byłem m.in. prezesem spółki, więc wszystko zależy od potrzeb.

Działalność w mediach społecznościowych mocno wpłynęła na wzrost Twojej popularności? Dostajesz dzięki temu więcej zleceń?

Media społecznościowe generalnie pomagają nam cały czas być. Możemy dzielić się różnymi tematami, którymi chcemy - dla mnie są to moda i ćwiczenia, przeplatane też z rodzicielstwem. Nie zmienia mnie to jako osoby, ale przekłada się na propozycje, które otrzymuję. O marketingu w social mediach można by zresztą długo rozmawiać, bo w tym też po części pracuję. Promowałem kilka marek, więc wiem jak to wygląda. Przy współpracy z markami liczą się przede wszystkim zasięgi. Podobnie jest w telewizji - jeżeli jest duża oglądalność danego programu, to rośnie zainteresowanie ze strony reklamodawców.

Wspomniałem, że na swoim Instagramie zamieszczasz dużo zdjęć z siłowni. Jak wygląda Twój typowy trening?

Staram się teraz ćwiczyć pięć razy w tygodniu, generalnie zajmuje mi to z półtorej godziny. Głównie jest to trening siłowy i cardio. Dbam też o odpowiednią dietę. Najważniejsze jest to, żeby ćwiczyć całe ciało i przykładać się do pracy, bo tylko wtedy jest dobry efekt. Jak człowiek zaczyna wdrażać się w temat, to idzie mu coraz łatwiej i coraz bardziej się angażuje. Przynajmniej ja tak mam.

Sam się wdrożyłeś czy miałeś swojego trenera personalnego?

Wdrożyłem się jeszcze w czasach gimnazjum. Jak miałem piętnaście lat, zacząłem chodzić na siłownię. Wtedy nie było Facebooka i Instagrama, więc każdy robił to tylko dla siebie, aby fajnie spędzić czas i dobrze wyglądać. Trudno było zresztą znaleźć siłownię - miałem ją w gimnazjum, później zaś kupiłem sobie sprzęt do domu. Potem tata z dziadkiem stworzył mi pokój w szkole tańca, gdzie miałem wyciąg i ławkę do ćwiczeń. Tak rodziła się moja pasja.

Czyli polubiłeś siłownię, zanim to jeszcze było modne?

Pewnie, że tak!

Ludzie często dziękują Ci, że ich zmotywowałeś do pracy nad sobą?

Bardziej pytają mnie, jak się zmotywować (śmiech). Oczywiście są też osoby, które ćwiczą i piszą mi, że nie odpuszczają. Wiele osób dosyć ciężko się jednak motywuje.

Wspomniałeś o tym, że dieta jest ważną częścią dbania o sylwetkę. Masz swoje żelazne zasady, np. nie jesz po jakiejś godzinie?

Ja jem nawet po północy, jem tyle, że to się w głowie nie mieści (śmiech). Jak byłem młody zacząłem interesować się lekturą kulturystyczną i fitnessową. Wtedy były to tylko gazety z podstawowymi informacjami, później pojawiły się inne źródła i można było wyczytać więcej. Tak się wszystkiego uczyłem. Teraz już wiem mniej więcej jak poukładać te klocki, żeby wszystko szło jak należy. Jestem na takim etapie, że liczę kalorie i ustalam sobie, ile mogę zjeść węglowodanów, białek i tłuszczów w ciągu dnia. Według tego też ustalam treningi.

Jest to pewien rygor, ale domyślam się, że można się do tego przyzwyczaić.

To się tylko wydaje dużym obciążeniem, ale jak się wie, co z czym można łączyć, to robi się to łatwiejsze i nie pochłania dużo czasu. Korzystam też z aplikacji, która liczy kalorie, więc wiem, co mogę jeść, a czego nie.

Masz ten komfort, że nie będąc już zawodowym tancerzem, nie musisz mieć smukłej sylwetki.

Generalnie tancerze jak kończą karierę to na ogół tyją. Przez całe życie na mocnych treningach dwa razy dziennie spala się ogromną ilość kalorii i człowiek trzyma smukłą sylwetkę. Przez to jednak, że fitness był moją pasją od wielu lat, utrzymałem ją nawet po rezygnacji z kariery. Muszę jednak na co dzień zastępować taniec innym wysiłkiem fizycznym, żeby trzymać się w ryzach.

Jak rozumiem nie porzuciłeś tańca całkowicie i zdarza Ci się wykorzystywać zdolności np. na imprezach?

Właśnie szykuję nowy projekt, który jest związany z tańcem, więc nie zamierzam od tego uciekać. Organizuję teraz wakacje za granicą z nauką tańca jednocześnie. Mogę z ludźmi, którzy z nami wyjeżdżają, spędzić czas na tańcu i zabawie - trochę się zrelaksować i trochę pomęczyć.

Z tańcem bardzo mocno wiąże się muzyka. Masz jakieś swoje ulubione utwory, które pobudzają Cię do tańca?

Do tańca najbardziej lubię muzykę latynoską, fajnie mi się do tego tańczy w klubie. Jak jestem na siłowni lubię z kolei typową łupankę, która nadaje mi dynamiczny rytm, np. techno. Ostatnio przetrząsam stare hity z lat 90. Wesoło jest je sobie odkurzyć. Słucham tego, co mi w danej chwili wpadnie w ucho - nie mam jednego ulubionego wykonawcy.

Jesteś posiadaczem kilku tatuaży, między innymi Myszki Miki ze sztangą. Co mógłbyś powiedzieć o ich znaczeniu?

Pierwszy tatuaż zrobiłem sobie sam, kiedy miałem szesnaście lat. Myślałem, że rodzice nie pozwolą mi pójść do salonu tatuażu, więc zrobiłem to w sposób chałupniczy (śmiech). Nie powiem jak, ale trwało to ze dwa tygodnie. Nadal go mam. Nie zmienię go i nigdy nie usunę, bo to coś, co charakteryzuje mnie i moje młode szalone lata. Z kolei kiedy urodziła się moja córka, wytatuowałem sobie jej imię z datą urodzenia. Inny tatuaż powstał według jej rysunku, kiedy miała dwa latka. Uznałem też, że warto sobie wytatuować Myszkę Miki, bo wydała mi się oldschoolowa i do tego jeszcze trzyma sztangę w ręku. Więcej tatuaży nie planuję. Ostatni zrobiłem cztery czy pięć lat temu i jakoś nie miałem bodźca, by robić kolejne.

Jak mógłbyś opisać swoje plany na najbliższy czas?

Na razie skupiam się na swoim nowym projekcie. Organizuję wyjazdy i buduję swoją działalność w social mediach. Chcę ruszyć z kanałem na Youtubie, ale wolno mi to idzie (śmiech). Mam nadzieję, że w końcu się zmobilizuję i to zrobię. Na razie tyle - zobaczymy, co życie przyniesie.


Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej na temat Łukasza Czarneckiego i jego działalności, zajrzyjcie na jego oficjalną stronę:
https://www.facebook.com/Czarneckilukaszfit/
https://www.instagram.com/lucas_czarnecki/

poniedziałek, 24 czerwca 2019

Rozmowa z Michałem Kurkiem

Michał Kurek jest młodym aktorem z Lubaczowa, który niedługo rozpoczyna ostatni rok studiów w Akademii Sztuk Teatralnych im. S. Wyspiańskiego w Krakowie - Filia we Wrocławiu. Zagrał epizodyczne role w serialach „Na sygnale” i „Ślad” oraz w filmie „Najlepszy”, zaś popularność przyniosła mu rola Czarka Łomacza w serialu „Na Wspólnej”. Ponadto jest laureatem wielu konkursów recytatorskich, a niedawno zadebiutował jako juror na finale 64. Ogólnopolskiego Konkursu Recytatorskiego. W wywiadzie Michał opowiada między innymi o swojej fascynacji aktorstwem i teatrem, roli w „Na Wspólnej”, konkursach recytatorskich i planach na przyszłość.

(Foto: RadkoWy)

Jeszcze zanim wstąpiłeś do Akademii Sztuk Teatralnych we Wrocławiu działałeś w szkolnym kabarecie w Lubaczowie. Skąd pojawiło się u Ciebie zainteresowanie aktorstwem? 

Rzeczywiście zaczęło się od tego, że w klasie trzeciej gimnazjum założyliśmy grupę kabaretową Strata Czasu. Okazała się ona hitem nie tylko w naszym gimnazjum, ale i w naszym mieście. Zaczęliśmy jeździć po różnych festiwalach kabaretowych i wygrywać nagrody. W międzyczasie zacząłem czuć w sobie jakąś liryczną stronę. W końcu nauczycielka trochę na siłę zaciągnęła mnie na konkurs recytatorski poezji księdza Jana Twardowskiego. Nie miałem pojęcia o literaturze, więc wziąłem tekst „Śpieszmy się kochać ludzi”, bo znali go wszyscy, i dostałem na tym konkursie pierwszą nagrodę. Potem okazało się, że dyrektorka i przewodnicząca jury była przyjaciółką mojej mamy (śmiech). Wkręciłem się jednak w ruch recytatorski na maksa i zacząłem jeździć na profesjonalne kilkudniowe konkursy recytatorskie m.in. w Skarżysku Kamiennej, Szczecinie i Opolu. Wygrałem mnóstwo nagród na takich konkursach, więc to, że zaczęło się od przekrętu, jakoś mnie nie boli. Wtedy pomyślałem też, że chcę próbować sił w aktorstwie.

Ostatnio pierwszy raz uczestniczyłem jako juror na finale 64. Ogólnopolskiego Konkursu Recytatorskiego, będąc najmłodszym jurorem w historii konkursu. To dla mnie ogromny kredyt zaufania.

Wspomniałeś o licznych nagrodach. Podobno masz ich już na koncie ponad 120.

Moi znajomi się już z tego śmieją i wysyłają w komentarzach do zdjęć hashtagi #119, #120, #121… W zeszłym roku na pewno było już 121, ale wydaje mi się, że teraz są już 123. W końcu przestałem to liczyć.

Bardziej czujesz się recytatorem czy aktorem?

Dla mnie aktor jest rzemieślnikiem, bo gra role i realizuje zadania, które wyznacza mu reżyser. Recytator pracuje zaś nad tekstem sam, aby opowiedzieć własną historię. Dla mnie to jest bardziej artyzm. Tak więc czuję się tym i tym, ale osobno - moim zdaniem to się trochę nie łączy.

Ostatnio zaprezentowałeś swój autorski monodram „W imię”, więc można powiedzieć, że byłeś rzemieślnikiem swojego własnego dzieła.

Dokładnie tak. To było jedną nogą w recytacji, jedną w aktorstwie. Był to mój dyplom indywidualny w Akademii Sztuk Teatralnych, ale sięgnąłem po materiał literacki, który od dawna chodził mi po głowie. Cały monodram składał się z dziewięciu scen. Były tam sceny monologowe-recytatorskie, które były hołdem dla recytacji, sceny bardzo formalne, będące hołdem dla szkoły i tego, czego się w niej nauczyłem, ale też fragmenty filmów, w którym miałem okazję podziałać - hołd w stronę rzeczy zrealizowanych przeze mnie na ekranie. Starałem się skondensować całą swoją drogę w jednym utworze.

Taka trochę autobiografia? 

Trochę tak, ale cały monodram opowiada o relacji ojca z synem. Muszę jednak powiedzieć, że ten ojciec monodramowy nie ma nic wspólnego z moim. Udało mi się jednak „sprzedać” tę opowieść tak wiarygodnie, że wszyscy myślą, że to o mojej rodzinie.

Jeśli chodzi o aktorstwo i recytację, działasz też jako nauczyciel i dzielisz się swoim talentem. 

Właśnie zaczynają się egzaminy wstępne do szkół teatralnych i mam kilku swoich kandydatów. W zeszłym roku udało mi się wprowadzić do szkoły jedną dziewczynę. Bardziej skupiam się jednak na przygotowywaniu recytatorów na konkursy i festiwale żywego słowa. Jeżeli ktoś chce zdawać do szkoły, to zawsze namawiam, aby jeździł też na konkursy, bo to jest zawsze spotkanie z widownią, a tekst na konkurs recytatorski aż tak bardzo nie różni się od tekstu, który musisz przygotować na egzamin. Sam też cały czas się dokształcam, m.in. u logopedy Barbary Sambor, bo uważam, że aktor stale powinien się rozwijać. Dopóki mogę tę dykcję i głos jeszcze trochę podkolorować, to staram się to robić.

(Foto: Tomasz Piotrowski)

Po kilku epizodach w serialach otrzymałeś większą rolę w „Na Wspólnej”, gdzie wcieliłeś się w postać nastoletniego geja Czarka. 

Czarek jest moją największą rolą serialową z kilku powodów. Po pierwsze jest to chyba najbardziej oglądany serial z tych, które popełniłem. Poza tym to dość długi wątek z nadzieją na kontynuację i dosyć trudna rola. Jej trudność nie przejawia się w tym, że Cezary „kocha wyjątkowo”, ale w tym, że to jest 15-16-latek, a ja mam tych naście lat dawno za sobą. To są jego pierwsze zauroczenia, problemy z rówieśnikami i prześladowanie w szkole. Też problem z ojcem, który wyrzeka się syna. To są trudne emocje do zagrania nawet dla dorosłego człowieka, a jeszcze trzeba to przerobić na umysł nastolatka. Granie nastolatków sprawia mi jednak dużą radość i chciałbym to robić jak najdłużej. Dobrze się konserwuję (śmiech).

Ale chyba nie rezygnujesz całkowicie z doroślejszych i poważniejszych ról?

Nie rezygnuję, ale mam na to jeszcze czas. Poza tym nie chciałbym robić czegoś, co byłoby sztuczne. Raz przygotowałem na konkurs recytatorski monolog alkoholika. Jurorzy powiedzieli, że jak zamknęli oczy i słyszeli ten głos, to wszystko było w porządku, ale jak zobaczyli twarz, to było niewiarygodne. Nie chciałbym przyjmować ról tylko dlatego, że koniecznie chciałbym je zagrać. Jeżeli czułbym, że nie będę w tym wiarygodny lub moja twarz kłóci się z jakimś wiekiem, to nie chcę robić kiepskich rzeczy.

Wracając do Czarka… Wątki homoseksualne w polskich serialach nadal należą do rzadkości i uważane są za odważne. Nie miałeś żadnych dylematów związanych z przyjęciem tej roli?

Nie, żadnych. Jak mój znajomy powiedział mi, o co będzie chodziło, wiedziałem, że zrobię to dobrze. Nie mam z tym tematem żadnego problemu. Szkoła teatralna uczy tolerancji i wyrozumiałości. Uczyło się tam wiele osób homoseksualnych i nie miało to żadnego znaczenia. To jest tak jak z wiarą czy polityką. Jeżeli ktoś jest dobrym człowiekiem, to się szanujemy, a jeżeli ktoś jest burakiem, to nieważne, czy będzie gejem czy ateistą, po prostu będzie burakiem. Wiem jednak, że aktorzy często boją się takich ról, ale jeżeli coś jest ciekawe i dobrze napisane, a mi się te sceny podobały, to czemu nie.

Te sceny były bardzo subtelne i zrealizowane ze smakiem.

Właśnie o to chodzi! Gdyby to był przegięty gej, na pewno bym tego nie wziął. Gdyby ta rola kogokolwiek obrażała, ośmieszała lub poniżała, w życiu bym się na nią nie zgodził. Czytając scenariusze, widziałem, że Czarek jest fajny i można go polubić. Ubiera się i zachowuje normalnie, jest najlepszym piłkarzem w drużynie, ma mnóstwo kolegów i wszyscy go lubią zanim wychodzi prawda na jego temat. Czarek jest dobry dla Franka i staje w jego obronie, kiedy nie jest to jeszcze podszyte jakąś większą sympatią. Po prostu jest dobrym człowiekiem. Poza tym jego sceny z ojcem czy z Frankiem, kiedy przychodził do szpitala, były naprawdę wzruszające.

Do tego jeszcze nie pokazano Czarka od razu jako homoseksualistę, tylko stopniowo wprowadzano ten wątek.

Dzięki temu od razu dał się polubić. Niektórzy fani serialu jednak od początku podejrzewali, że „coś z nim będzie nie tak”... Tylko co znaczy „nie tak”?  Miałem wcześniej kilka propozycji ról homoseksualnych i jak widziałem od razu lateks, panterkę i smycze, to wiedziałem, że to nie jest do zrobienia. Jeżeli ktoś ma takie postrzeganie homoseksualizmu, to zatrzymał się myśleniem w alternatywnym średniowieczu.

Czyli granicą w przyjmowaniu roli jest dla Ciebie szacunek dla godności człowieka?

Tak. Nie przyjmę roli, która kogoś obraża, godzi w jakąś grupę społeczną lub wyśmiewa jakiś zawód. Owszem możemy śmiać się z siebie-Polaków, nauczycieli czy matek ich klasycznymi tekstami, ale jest granica dobrego smaku, której wolałbym nie przekraczać.

Wspomniałeś o posiadaniu homoseksualnych znajomych. Konsultowałeś z kimś tę rolę czy zdałeś się na własną intuicję?

Nie, zdałem się na intuicję. Obrałem sobie taką taktykę, że nie chcę tego grać. Uznałem, że zaprezentuję normalnego nastolatka, a jego inność będzie tylko w słowach. Uważam, że ludzie powinni przestać się wzajemnie kategoryzować ze względu na jakiekolwiek przekonania, wyznania czy inność.

Na planie serialu miałeś wiele scen z Natanem Czyżewskim. Jak jako starszy kolega po fachu oceniasz pracę z nim i jego grę aktorską? 

Bardzo pozytywnie! Wspomnicie moje słowa: Natan będzie jeszcze tak wymiatał, że będzie miał dwa telefony, żeby mógł rozmawiać o kilku propozycjach aktorskich jednocześnie. Zresztą już w 2013 zagrał w jednym z pierwszych filmów przygodowych o dzieciach „Gabriel”, który bardzo mi się podobał.

(Foto: Kornelia Kurasz)

Z tego co wiem, zagrałeś niedawno w filmie Tomasza Stuleblaka „Wianki”. Czy mógłbyś opowiedzieć coś więcej na jego temat?

„Wianki” mają podobną stylistykę barw jak w filmie „Tamte dni, tamte noce” Luki Guadagnino. To opowieść o 17-letnim Adamie i 34-letniej Dorocie, którzy wyjeżdżają razem na wakacje. Film bazuje na tym, że dopiero w ostatniej scenie okazuje się, kim jest Dorota dla Adama. Przez cały film nie wiadomo, czemu są ze sobą blisko, a czemu jednak nie aż tak blisko.

A jakieś kolejne filmowe propozycje?

8 czerwca zaczęliśmy zdjęcia do nowego, czarno-białego filmu Martyny Majewskiej „Maria nie żyje”. Na razie nie zdradzam fabuły, ale myślę, że będzie co oglądać. Z kolei w marcu popełniłem film krótkometrażowy „Ojcowizna”, który nadal czeka na datę premiery. To też ciekawa historia, bo odbywa się na początku XX wieku, równolegle z czasami wojennymi w zapomnianej osadzie. W ciągu ostatniego roku miałem okazję podziałać w bardzo różnych projektach. Poza tym recytacja, debiut w teatrze i dwa dyplomy w szkole teatralnej.

Przejdźmy może do debiutu w teatrze. W marcu 2019 zagrałeś Mateusza Lewiego i Mogarycza w spektaklu „Mistrz i Małgorzata” w Teatrze im. Siemaszkowej w Rzeszowie. Jak dołączyłeś do obsady tej sztuki?

Zaczęło się od tego, że równolegle z „Na Wspólnej” zacząłem pracę nad dyplomem w szkole teatralnej „Zabójca czasu” w reżyserii Maćka Prusaka. Na premierze podszedł do mnie reżyser Cezary Iber, z którym praca zawsze była dla mnie marzeniem. Poczułem wtedy, że to jest ten dzień. Powiedział, że planuje robić „Mistrza i Małgorzatę” i bardzo chciałby mnie zaprosić do swojego zespołu. Cieszę się, że mogłem zagrać Mateusza Lewiego, bo miał kilka fraz, które pięknie brzmią na scenie. Poza tym sztuka była wystawiana w teatrze w Rzeszowie, a ja jestem z Podkarpacia, więc jest to teatr, na którym się wychowywałem.

Co bardziej fascynuje Cię w teatrze - wchodzenie w role czy operowanie słowem?

Trudno na to pytanie odpowiedzieć. Bardzo mi się podoba sama praca nad spektaklem, czyli jeszcze próby stolikowe, kiedy analizujemy tekst miliard razy i odkrywamy w nim rzeczy, których z pozoru nie ma i funkcjonują na granicy domysłu. W ruchu recytatorskim jest taka świetna kategoria „Wywiedzione ze słowa” - pokazanie w słowach czegoś, czego nie ma, np. kiedy bajka „Lokomotywa” staje się monologiem striptizerki.

(Foto: RadkoWy)

Podchodzisz do zawodu aktora bardzo poważnie. Zanim jednak dostałeś się do szkoły aktorskiej przez rok studiowałeś na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym.

To był hit! Kiedy w liceum brałem udział w Ogólnopolskim Konkursie Recytatorskim, musiałem się w kilku słowach zapowiedzieć. Napisałem: „Moim marzeniem jest szkoła teatralna, a jak się nie uda, to coś łatwiejszego, może medycyna”. Wszyscy zaczęli się śmiać, ale tuż przed maturą uznałem, że faktycznie zdaję na medycynę. Ludzie mówili, że mi się nie uda, ale zmobilizowałem się. Czytałem praktycznie 24 godziny na dobę biologię i chemię, rozwiązywałem zadania jak głupi i się udało. Do szkoły teatralnej dostałem się dopiero za drugim razem, więc rok postudiowałem na uniwersytecie medycznym. Odchodząc z uniwersytetu, strasznie płakałem, bo poznałem fantastycznych ludzi. Odszedłem tylko dlatego, że cele były jasne: idę do szkoły teatralnej, jeśli nie za pierwszym razem, to za drugim lub trzecim. Na razie moje studia są zamrożone, ale mam pięć lat na powrót, więc zawsze mogę wrócić.

Nadal uważasz, że medycyna jest prostsza niż teatr?

Każdy ma inne predyspozycje. Uważam, że studia są porównywalne pod względem wymagań, ale są one zupełnie inne. Szkoła teatralna zmusza cię wręcz do poświęcenia 24 godzin doby na próby i zajęcia. W szkole medycznej było bardzo mało zajęć, ale dużo czasu trzeba było poświęcić na samotną naukę w domu. W szkole teatralnej pracujesz z drugim człowiekiem, nie zawsze się lubicie i dogadujecie. Na WUM-ie pisało się kolokwium i dostawało punkty za wiedzę, a w szkole teatralnej obiektywność jest sumą subiektywnych opinii. Jak ktoś cię nie lubi, to możesz przynieść nawet oscarową produkcję i wyjść z trójką.

Czyli chcąc tam być, musisz umieć znosić krytykę i lubić ludzi?

Tak, bo inaczej będziesz się męczyć. Szkoła teatralna nauczyła mnie dawać wszystkim pierwszą szansę. Abym kogoś nie lubił i nie chciał z kimś współpracować, ta osoba musi sobie na to zapracować. Ludzie są różni, ale każdy ma na początku czyste konto.

Mówiłeś, że w ramach aktorstwa też tańczysz, a z tym wiąże się muzyka. Jak mógłbyś opisać swój gust muzyczny?

Moja playlista na Spotify jest bardzo złożona. Abstrahując od tego, że obejmuje wszystkie możliwe kraje, obejmuje też różne style muzyczne: szeroko rozumiany pop, lżejszy rock, trochę mocniejszych brzmień jak Guns N’Roses i od czasu do czasu hip hop. Może poza disco polo, ale na weselu jest ono jak najbardziej mile widziane. Z racji tego, że jestem po szkole muzycznej, słuchałem też dużo muzyki klasycznej.

Wspomniałeś o szkole muzycznej. Grasz czy śpiewasz?

Gram, śpiewam i tańczę. Skończyłem szkołę w klasie akordeonu. Chciałem śpiewać i grać na fortepianie, ale moich rodziców nie było stać na fortepian czy pianino. W domu był akordeon, bo mój tata na nim grał, więc rodzice powiedzieli, żebym poszedł na ten instrument. Męczyłem się jak cholera, ale wiedziałem, że od drugiego roku będę miał jako dodatkowy instrument fortepian i rodzice w końcu będą musieli mi kupić chociaż organki. Kończąc szkołę teatralną, miałem egzamin z piosenki aktorskiej i przygotowywałem w autorskiej aranżacji „Beksę” Rojka przy własnym akompaniamencie fortepianu. Tak więc szkoła muzyczna rzeczywiście się przydała.

Planujesz rozwijać się muzycznie i np. stworzyć kanał na Youtubie z własną muzyką?

Nie. Uważam, że teraz jest taka plaga śmieci na Youtubie, że mój kanał jest tam co najmniej zbędny. Nadal zdarza mi się jednak śpiewać. W „Mistrzu i Małgorzacie” mam kilka fraz śpiewanych, śpiewane fragmenty były też w moim monodramie. A jak nie na scenie, to mam prywatne koncerty pod prysznicem! (śmiech)


(Foto: Tomasz Piotrowski)

Czarek z „Na Wspólnej” bardzo dobrze gra w piłkę nożną. A jakie są Twoje ulubione sporty?

Jak moi znajomi dowiedzieli się, że gram piłkarza, to do dzisiaj się z tego śmieją. Zawsze byłem najgorszy z wf-u. Raz mi dali kulę do ręki, to rzuciłem tak, że mój kolega dostał w głowę i nie wiem, czy do dziś nie ma blizny. Od roku jednak chodzę regularnie na siłownię, bo w moim zawodzie kondycja i sylwetka są bardzo ważne. Schudłem 13 kilogramów - 17 razy w miesiącu chodziłem na siłownię, żeby doprowadzić się do ładu. Na co dzień nie uprawiam żadnego konkretnego sportu, ale bardzo chętnie chodzę z przyjaciółmi na orlik pograć w kosza lub w siatkę. W domu rodzinnym lubię z kolei pobiegać, bo mam w pobliżu las, spokój i ciszę.

Masz jakieś swoje ulubione miejsce w Lubaczowie?

Konkretnie w Lubaczowie nie, ale pod Lubaczowem w Horyńcu Zdroju jest piękny zalew z jeziorem. To takie miejsce, gdzie mogę się wyciszyć i pobyć sam ze sobą. Siadam wtedy na ławce i odpalam JBL-a z muzyką.

O swoich fanach w mediach społecznościowych piszesz „norki i norniki”. Skąd to się wzięło?

Miałem kiedyś przyjaciółkę Anię, która w pewnym momencie, gdy wszystkie zdrobnienia się skończyły, zaczęła mówić do mnie „kurra”. Strasznie mnie to denerwowało, więc powiedziałem jej: „Jakbyś się czuła, gdybym mówił do ciebie „norko”?” i zacząłem tak do niej mówić. Później do wszystkich zacząłem mówić „norko”, a jak mnie ktoś zdenerwował to „nor” lub „nornik ostateczny”. Ktoś to podłapał i tak właśnie powstały „Norki Michała”.

Wspomniałeś o kilku projektach filmowych, które już niedługo będziemy mogli zobaczyć. Jakie są jeszcze Twoje plany na przyszłość?

Chciałbym znaleźć chwilę dla siebie na wakacje, najlepiej za granicą. Od lipca przeprowadzam się do Warszawy, a od września zaczynam spektakl w Poznaniu. Chciałbym zrobić ze stolicy swoją bazę wypadową. Niedawno znalazłem też nowego agenta, więc mam nadzieję, że ruszy jeszcze więcej ciekawych rzeczy.


Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej na temat Michała Kurka i jego aktorskiej działalności, zajrzyjcie na jego oficjalną stronę:
https://www.instagram.com/themichael16/

piątek, 7 czerwca 2019

Interview with Stanislav Yanevski

Stanislav Yanevski is a Bulgarian actor well-known for the role of Viktor Krum in "Harry Potter and the Goblet of Fire". He also starred in such films and TV series as "Hostel: Part II", "Resistance" and "Pod prikritie" ("Undercover"). He attended Mill Hill School in the United Kingdom and lived in Israel for several years. In the interview, Stanislav is talking about his adventure with "Harry Potter", acting career, healthy lifestyle and plans for the future.


You started your acting career in 2005 from the role of Viktor Krum, a Quidditch player from Bulgaria, in "Harry Potter and the Goblet of Fire". How did you become a part of this legendary fantasy film? 

This was very long ago. I was at school when they were casting for various roles for the films. I happened to be at the right place and at the right time to bump into one of the films casting agents, who noticed me and asked me straight away to go for a casting. After several meetings, which were over quite a long period of time, they gave me the call with the good news that I had been chosen to portray Krum out of more than 3500 different favorites for the role. It was an amazing feeling.

On the set of "Harry Potter and the Goblet of Fire" you had a chance to meet such big names as Ralph Fiennes, Maggie Smith and Alan Rickman. What was the most exciting thing about being a member of the "Harry Potter" cast? 

There are many big names of world-known actors and actresses in the "Harry Potter" cast. It was at first scary and I was cautious talking to many of them but after they all showed how much they loved being around us and how much of a wonderful time we were having and going to have together filming these films I became more confident. I always looked up to them all and tried to learn as much as possible from each one of them. It was an absolute honor working on a project with so many big names and wonderful people.

Do you keep in touch with anyone from the film? 

Yes, I do stay in touch with quite a lot of people from the film. Not only cast but also crew. We were on it for such a long time that we were bound to create big friendships. We are lucky to have conventions happening all around the world that we travel to and get time to catch up. We have the best fans ever supporting us!

After "Harry Potter" you played in some Bulgarian films and TV series like "Pod prikritie", "Stolichani v poveche" and "XIa". How does making a film in Bulgaria look like? Is it much different from making a film in the UK?

Yes, I recently had another Bulgarian film come out and to be honest I've been pretty fortunate to have continued getting roles and keep rolling in the business. I love acting and I love my job, so as long as I'm in it, I can say I'm a happy man.

Filming is a mechanical process, movie making in general, however different films have different crews, different locations, different cast etc., which makes every project very unique. It's nice filming in my native language and at home but I adore travelling and having to work abroad is equally as exciting to me as filming home.

You are from Bulgaria, but you lived in England and Israel for some years. What are your favourite places in these three countries? Do have a place that you can call a paradise on earth?

I think that our world is paradise as a whole. I ride a motorcycle and travel as much as possible on it. I love spending time in nature. I definitely do not have a favorite country because every country is unique with its culture, people, beauties etc. I've travelled pretty much around the world and have seen so many magical places. I loved Mexico, Peru, Brazil, USA, Asia, Taiwan, Japan, Russia… I love Europe and I definitely cannot pick one favorite place.

Well if I have to be honest home is home, but that's sentimental.

Your name "Stanislav Yanevski" suggests that you have some Polish roots. Do you know anything about your possible Polish ancestors? Have you ever been to Poland?

I have been to Poland and I love the country! People are so nice and the culture is so interesting to me! I am not sure if I have Polish ancestors, but it's quite often I get asked the question whether I have something connected to Poland. Bulgarian family names usually end in two ways – either -ov/ova or -ski/ska.


Since playing in "Harry Potter and the Goblet of Fire" you have changed a lot - you got even more muscular and athletic and you got a lot of tattoos. Can you tell us something more about their meaning?

It is really hard being an actor today. The requirements for an actor are to have a lean muscular model type fitness body. I was told by my agent that if I want to be an action hero, I have to look like one. This is why I concentrated more on my training, diet and changed my lifestyle. You have to have a dream to chase and consistency and hard work will eventually pay off in the end. I fell in love with healthy lifestyle and it has become a part of me. I do it for work but a lot more just for myself. Tattoos I've had since 2006 I think. Slowly they became more and more and they are a style that I have now. I really like them. Some of them have meanings giving me strength, power, protection… Some are there just because I thought they were nice and would link well to the rest.

I know that you spend a lot of time at the gym to stay in shape. Which physical activities do you prefer?

I spend anything between 90 minutes to 180 minutes, sometimes more per day training. I like doing hungry cardio in the mountains to start my day with. That takes me about an hour and a half climbing up and getting down and then I do another hour and a half to two muscle training in the gym. Free weights is what I prefer and intense crossfit kind of workouts. Outdoor if possible.

This year we will see you playing Boris The Hammer in a British film "The Cloaking". How can you describe your plans and aims for the foreseeable future?

I'm always aiming really high. Actually the higher the aim, the more dedicated and concentrated I am. I want a bright career but for me the most important part of acting is having my fans satisfied. I listen to my fans on Instagram and Facebook a lot. They wanted me to try and be in a Viking film, I tried but didn't get too far with that. Now they want me to be a superhero, so I'm aiming at being successful and good. Without my fans I would have given up long time ago. They are my drive and what keeps me going, giving me all the power and will to continue the path that I am walking. Of course I'm hoping for the best possible. The brighter the career, the better.

Thank you very much for the interview.

You are extremely welcome. It has been absolute pleasure to me answering your questions. Greetings to all your readers and remember - the sun is still shining even on a cloudy day. Its just above the clouds.


If you want to learn more about Stanislav Yanevski, please visit his official website:

Wywiad ze Stanislavem Yanevskim

Stanislav Yanevski jest bułgarskim aktorem znanym przede wszystkim z roli Viktora Kruma w „Harrym Potterze i Czarze Ognia”. Występował również w takich filmach i serialach jak „Hostel II”, „W cieniu wroga” i „Agent pod przykryciem”. Uczył się w Mill Hill School w Wielkiej Brytanii i przez kilka lat mieszkał w Izraelu. W wywiadzie Stanislav opowiada o swojej przygodzie z „Harrym Potterem”, karierze aktorskiej, zdrowym stylu życia i planach na przyszłość.


Zacząłeś swoją aktorską karierę w 2005 rolą Viktora Kruma, bułgarskiego zawodnika Quidditcha, w filmie „Harry Potter i Czara Ognia”. W jaki sposób stałeś się częścią tego kultowego filmu fantasy?

To było bardzo dawno temu. Byłem jeszcze w szkole, kiedy ogłoszono casting na różne role filmowe. Znalazłem się we właściwym miejscu i czasie, bo wpadłem na jedną z agentek castingowych, która zauważyła mnie i wprost zaproponowała udział w castingu. Po kilku spotkaniach, odbywających się w dość długim okresie czasu, w końcu zadzwoniono do mnie z radosną wiadomością, że zostałem wybrany do roli Kruma spośród ponad 3500 chętnych. To było niesamowite uczucie.

Na planie „Harry’ego Pottera i Czary Ognia” miałeś szansę spotkać tak wielkie gwiazdy jak Ralph Fiennes, Maggie Smith czy Alan Rickman. Co było dla Ciebie najbardziej ekscytujące w byciu członkiem obsady „Harry’ego Pottera”? 

W ekipie „Harry’ego Pottera” faktycznie było wielu światowej sławy aktorów i aktorek. Na początku byłem przestraszony i ostrożny w nawiązywaniu z nimi kontaktu, ale kiedy pokazali jak bardzo lubią z nami przebywać i kiedy zobaczyłem jak miło spędza nam się czas na planie, stałem się bardziej ośmielony. Miałem do nich bardzo duży szacunek i od każdego starałem się nauczyć jak najwięcej. To był prawdziwy zaszczyt brać udział w projekcie z tyloma wielkimi nazwiskami i wspaniałymi ludźmi.

Nadal utrzymujesz kontakt z kolegami z planu?

Tak, cały czas jestem w kontakcie z całkiem sporą liczbą osób z filmu. Nie tylko z samej obsady, ale w ogóle ekipy. Braliśmy udział w zdjęciach tak długo, że musiały się z tego zrodzić wielkie przyjaźnie. Mamy to szczęście, że na całym świecie odbywają się rozmaite konwenty, dzięki czemu możemy się złapać w różnych częściach świata. Mamy najlepszych fanów, którzy nas wspierają!

Po „Harrym Potterze” zagrałeś w kilku bułgarskich filmach i serialach jak „Agent pod przykryciem”, „Stolichani v poveche” czy „XIa”. Jak wygląda tworzenie filmów w Bułgarii? Czy różni się w jakiś sposób od pracy na brytyjskim planie?

Tak, ostatnio ukazał się zresztą kolejny bułgarski film z moim udziałem. Szczerze mówiąc, mam duże szczęście, że nadal otrzymuję role i jakoś się trzymam w tym biznesie. Kocham grać i kocham moją pracę, więc dopóki jestem w filmach, mogę mówić, że jestem szczęśliwym mężczyzną.

Tworzenie filmu jest ogólnie rzecz ujmując procesem mechanicznym, choć oczywiście każdy ma inną ekipę filmową, scenerię, obsadę itp., co czyni każdy projekt wyjątkowym. Miło jest nagrywać w moim ojczystym języku i w rodzinnym domu, ale uwielbiam podróże i praca za granicą jest dla mnie równie ekscytująca.

Pochodzisz z Bułgarii, ale mieszkałeś też przez jakiś czas w Anglii i Izraelu. Jakie są Twoje ulubione miejsca w tych trzech krajach? Czy masz jakieś miejsce, które możesz nazwać swoim rajem na ziemi?

Myślę, że nasz świat jest rajem jako całość. Jeżdżę motocyklem i podróżuję nim tak dużo jak tylko mogę. Uwielbiam spędzać czas na łonie natury. Nie mam ulubionego kraju, bo każdy z nich jest wyjątkowy ze względu na swoją kulturę, ludzi, piękno itp. Zwiedziłem już spory kawałek świata i widziałem wiele magicznych miejsc. Kocham Meksyk, Peru, Brazylię, USA, Azję, Tajwan, Japonię, Rosję… Kocham Europę i na pewno nie byłbym w stanie wybrać jednego miejsca.

Ale jeśli mam być szczery, dom to jednak dom, ale to tylko przez sentyment.

Twoje imię i nazwisko „Stanislav Yanevski” sugeruje, że masz jakieś polskie korzenie. Czy wiesz coś może na temat swoich potencjalnych polskich przodków? Byłeś kiedykolwiek w Polsce?

Byłem w Polsce i uwielbiam ten kraj! Ludzie są bardzo mili, a kultura jest niezwykle interesująca! Nie wiem, czy mam jakichś przodków z Polski, ale bardzo często ludzie mnie pytają, czy mam jakieś związki z tym państwem. Bułgarskie nazwiska rodzinne z reguły kończą się na dwa sposoby - albo -ov/ova, albo -ski/ska.


Od czasu, gdy zagrałeś w „Harrym Potterze i Czarze Ognia” bardzo się zmieniłeś - masz jeszcze bardziej umięśnioną i atletyczną sylwetkę i sporo tatuaży. Czy mógłbyś opowiedzieć coś więcej o ich znaczeniu?

W dzisiejszych czasach bardzo trudno jest być aktorem. Wymagania są takie, że musisz mieć smukłą muskularną sylwetkę w typie modeli fitness. Mój agent powiedział mi, że jeżeli chcę być bohaterem filmów akcji, muszę wyglądać jak taki bohater. Właśnie dlatego zacząłem bardziej skupiać się na treningach i diecie, zmieniając swój styl życia. Musisz mieć marzenia, za którymi podążasz i konsekwencję, aby ta ciężka praca ci się w końcu opłaciła. Pokochałem zdrowe życie i stało się ono częścią mnie. Ćwiczę nie tylko dla pracy, ale przede wszystkim dla siebie. Tatuaże mam zaś jakoś od 2006. Stopniowo zacząłem ich mieć coraz więcej i stały się częścią mojego obecnego stylu. Bardzo je lubię. Niektóre z nich mają znaczenia, które dają mi siłę, moc i ochronę… Inne są tu po prostu dlatego, że fajnie wyglądały i dobrze komponowały się z pozostałymi.

Wiem, że spędzasz dużo czasu na siłowni, aby zachować formę. Jakie są Twoje ulubione aktywności fizyczne?

Trening zajmuje mi od 90 do 180 minut dziennie, czasem nawet więcej. Bardzo lubię robić na czczo trening cardio w górach na dobry początek dnia. Przez półtorej godziny wspinam się i schodzę z góry, a następnie poświęcam kolejne półtorej do dwóch na trening mięśni na siłowni. Wolne ciężary i intensywny crossfit to moje ulubione typy treningów. Najlepiej na powietrzu, gdy pozwala pogoda.

W tym roku zobaczymy Cię w roli Borisa The Hammera w brytyjskim filmie „The Cloaking”. Jak mógłbyś opisać swoje plany i cele na najbliższą przyszłość?

Zawsze celowałem bardzo wysoko. Właściwie im wyższy cel, tym bardziej mu się poświęcam i na nim koncentruję. Chciałbym mieć świetlaną karierę, ale najważniejsza w mojej aktorskiej działalności jest satysfakcja fanów. Staram się słuchać ich rad na Instagramie i Facebooku. Chcieli, żebym spróbował zagrać w filmie o Wikingach, spróbowałem, ale nie zaszedłem z tym daleko. Teraz chcą, abym był superbohaterem, więc chcę być jak najlepszy i osiągnąć sukces. Bez moich fanów pewnie już dawno bym się poddał. To oni mnie napędzają, dając mi siłę i chęci, aby kontynuować raz obraną ścieżkę. Oczywiście mam nadzieję, że spotka mnie to, co najlepsze. Im bardziej świetlana kariera, tym lepiej.

Dziękuję za wywiad.

Proszę. Bardzo miło było mi odpowiedzieć na Twoje pytania. Pozdrowienia dla Twoich czytelników i pamiętajcie - słońce cały czas świeci, nawet w chmurny dzień. Po prostu jest wtedy ponad chmurami.


Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej na temat Stanislava Yanevskiego, zajrzyjcie na jego oficjalną stronę:

piątek, 15 marca 2019

Rozmowa z Kamilem Nizińskim

Kamil Niziński jest pochodzącym spod Wadowic modelem, który działa w branży modowej już od pięciu lat. Brał udział w kampaniach reklamowych Gino Rossi, AVON czy Mustang i wystąpił w kilku teledyskach, a jego wizerunek pojawił się na okładkach książek w Polsce, Chorwacji, Niemczech i Turcji. Jest również twarzą marki garniturów PAWO oraz projektuje modne i wygodne sztyblety we współpracy z marką Domeno. Ponadto właśnie ruszył jego nowy wielki projekt biznesowy - Klinika Przeszczepu Włosów. W wywiadzie Kamil Niziński opowiada o początkach swojej przygody z modelingiem, kulisach świata mody, pracy nad sylwetką, nowo otwartej klinice i planach na przyszłość.


Zanim zostałeś modelem, zajmowałeś się programowaniem. Skąd wzięło się Twoje zainteresowanie informatyką?

Na programowanie przerzuciłem się z grafiki komputerowej, bo wcześniej to do niej bardziej mnie ciągnęło. Można powiedzieć, że poniekąd jestem artystą - bardzo lubię estetykę i sam wszystko projektuję. Na początku myślałem, że programowanie to trudna sprawa, ale kiedy poznałem języki programowania, to się wciągnąłem. Zajmowałem się front-endem, PHP i HTML - to taka pierwsza styczność użytkownika z interfejsem.

Dosyć nietypowe początki, jak na przyszłego modela.

Nigdy nie myślałem, że zostanę modelem, bo nie miałem do tego predyspozycji. Ważyłem prawie sto kilogramów, a moje proporcje dalece odbiegały od tych, jakie powinien mieć model. Dzięki mojej narzeczonej schudłem ponad 25 kilo, zeszczuplałem i zacząłem spełniać normy dla modeli. Od tego czasu trzymam się tej branży.

Kiedy zaczęła się ta Twoja spektakularna przemiana?

Kilka lat temu, kiedy moja narzeczona zaczęła studiować dietetykę i zostałem jej królikiem doświadczalnym. Zaczęła na mnie testować wszystkie swoje diety i już pierwsze rezultaty były imponujące. Samo odstawienie słodkich napojów i  regularne jedzenie sprawiło, że sporo schudłem.

Na pewno musiały temu też towarzyszyć ćwiczenia.

Dokładnie. Siłownia to było moje hobby, więc na początku chodziłem na nią nawet sześć razy w tygodniu. W późniejszym czasie zamieniłem siłownię na studio EMS. Elektrostymulacja mięśni pozwala oszczędzić sporo czasu, dając równie dobre efekty co zwykła siłownia.

Na czym to dokładnie polega?

To działa w taki sposób, że kamizelka z impulsami elektrycznymi stymuluje twoje mięśnie i zmusza je do intensywniejszej pracy bez obciążania stawów zbędnymi kilogramami. Nie jesteś dzięki temu narażony na żadne uszkodzenia i urazy. Impuls elektryczny dociera do głębokich warstw mięśnia. Dzięki temu spala się zbędny tłuszcz, a ciało staje się smuklejsze.


Pracujesz jako model już pięć lat. Jaki był dotychczas Twój najważniejszy moment w pracy w modelingu?

Na pewno najbardziej zapamiętam wyjazd do Stanów Zjednoczonych. Będąc tam, poszedłem na pierwszy casting do marki z garniturami i od razu się dostałem. Zrobiłem dwie sesje zdjęciowe i właściciel zaproponował mi, żebym został twarzą jego marki. Kończyła mi się jednak wiza i musiałem wracać do Polski. Od ponad roku staram się o wizę pracowniczą, żeby móc tam polecieć i legalnie pracować z firmami z USA. Dostaję ciągle o zapytania o moją osobę, ale na ten moment mam tylko wizę turystyczną. Dwa miesiące temu była w Polsce przedstawicielka mojej agencji w Miami i powiedziała mi, że inni zagraniczni modele też mają problem z uzyskaniem wizy po zmianie władzy. Aktualnie pracują nad tym prawnicy z agencji.

Odnosisz jednak ogromne sukcesy na polskim rynku, a Twoja twarz pojawia się dosłownie wszędzie - w kampaniach reklamowych, teledyskach czy na okładkach książek. Nie masz poczucia, że nie do końca masz kontrolę nad wykorzystaniem swojego wizerunku?

Zawsze wiem z kim pracuję i gdzie zostaną użyte moje zdjęcia. Przy każdej produkcji podpisywana jest umowa, która wyraźnie określa prawa do wykorzystywania mojego wizerunku. Niestety zdarza się, że moje zdjęcia są wykorzystywane nielegalnie przez różne firmy, a także używane na portalach randkowych przez fikcyjne konta. Takie zachowania wiążą się z konsekwencjami prawnymi i dużymi karami finansowymi.

A czy ludzie rozpoznają Cię na ulicy? Pojawiłeś się między innymi na okładce głośnej książki „365 dni” Blanki Lipińskiej. 

Po premierze tej książki, która była bardzo mocno promowana, widzę, że ludzie mnie rozpoznają - mówią na mnie „Massimo” czy „polski Grey” (śmiech). Jest to miłe. Wiem, że ma być ekranizacja tego bestsellera i dostaje zapytania o to, czy ja zagram głównego bohatera, ale niestety nie jestem aktorem.

Masz zapędy aktorskie? Miałeś jakieś propozycje w tym temacie?

Nigdy nie miałem zlecenia aktorskiego. Jeżeli gram w reklamach, to nie ma tam scen mówionych. Gdybym chciał próbować sił w filmie, musiałbym najpierw popracować nad dykcją.


Pojawiłeś się w teledyskach do „Summer Love” Alicji Ruchały, „Never Go Away” C-BooLa i „Będę tylko twoja” Camasutry. Jak wspominasz swoją pracę na planach tych klipów?

Zawsze pracę na planie wspominam bardzo dobrze. Wszyscy się dogadują i ciężko pracują, bo każdy chce stworzyć coś fajnego. Chyba nigdy nie miałem planu, który źle bym kojarzył czy wspominał. Zresztą kiedy przychodzę do ludzi, to staram się przekazywać im pozytywną energię. Mimo że czasem trzeba zaczynać plan o 4 czy 5 rano lub praca trwa od późnego wieczora do ranka, to staram się być zawsze pozytywnie nastawiony. To bardzo mocno wpływa na efekt końcowy, jakim są teledyski czy zdjęcia.

W czasie jednej z kampanii reklamowych miałeś okazję pracować z Małgorzatą Kożuchowską. Jak wyglądała ta współpraca?

Zawsze się stresuję, kiedy mam pracować ze znaną osobą/celebrytą, bo nigdy nie wiem, jak taka osoba się zachowa w stosunku do mnie. Po współpracy z panią Małgorzatą widzę, że jest ona bardzo miłą kobietą. Zresztą, jak można było zobaczyć na jednym z katalogów AVON, wyszła nam całkiem ładna okładka. Zdjęcia, z tego co pamiętam, robiliśmy niecałą godzinę, stojąc praktycznie cały czas w tej samej pozycji.

To i tak dość krótko, biorąc pod uwagę, że takie sesje trwają czasem nawet kilka godzin.

Najczęściej praca wygląda tak, że pracuje się na planie minimum osiem godzin. Jeżeli są jakieś nagrania, reklamy wideo, to dochodzi nawet do dziesięciu godzin i więcej. Jest to spowodowane tym, że do każdej sceny kręci się duble, różne ujęcia, kadry bliższe i dalsze, a potem wychodzi kilkusekundowa reklama (śmiech).

Na pewno to uczy dużo cierpliwości…

Jeżeli ktoś chce pracować w modelingu czy robić zlecenia aktorskie i reklamowe, to cierpliwość jest cechą konieczną.


Masz agencje w Polsce, Norwegii, Turcji, Stanach Zjednoczonych i Niemczech. Czy faktycznie przekłada się to na znacznie większą ilość zleceń?

Tak. Każda agencja ma swoich klientów i obsługuje swój region/kraj. W niektórych krajach mam po kilka agencji np. w Niemczech mam osobne agencje we Frankfurcie i w Hamburgu. Najwięcej zleceń spływa do mnie ze Skandynawii i latam tam dość często.

A które miejsce na świecie najbardziej Ci się podoba?

Tych miejsc, które najbardziej chciałbym odwiedzić, jeszcze nie odwiedziłem. Pod koniec zeszłego roku mieliśmy lecieć z narzeczoną do Tajlandii, co jest moim marzeniem, ale niestety nie udało się. Wszystkie plany urlopowe przekładamy, ponieważ trzeba zamknąć temat remontu mieszkania i kliniki. Z miejsc, w których byłem, bardzo podobają mi się Włochy - mają bardzo dobre jedzenie i jest tam ciepło i klimatycznie. Nie da się jednak tego porównać z Miami. Wszystko jest tam wielkie. Dużo bogactwa, ale zarazem duży przeskok - są ludzie bardzo bogaci, ale i bardzo biedni, co zresztą widać na ulicach.

Twoje zlecenia obejmują przede wszystkim kampanie reklamowe i sesje zdjęciowe. Bardzo rzadko można Cię zobaczyć na wybiegu. 

Nie kręcą mnie wybiegi, chociaż dostaję propozycje pokazów. Jak ktoś znajomy mnie poprosi lub propozycja jest naprawdę nie do odrzucenia, to idę w pokazie. Jakiś czas temu szedłem na przykład w pokazie Van Graafa. Przede wszystkim jednak lubię zdjęcia i wideo, ponieważ są trwałe. Sam pewnie wiesz, jak wygląda pokaz - to dzieje się szybko, 10 minut i po wszystkim.

Dzięki temu, że zacząłeś karierę w modelingu dużo później niż przeciętni modele, uniknąłeś chyba zmanierowania, które cechuje niektórych Twoich kolegów z branży. 

Możliwe, że byłem już dojrzalszy niż reszta, kiedy wszedłem do branży, i przez to nie uważam się za kogoś lepszego. Przede wszystkim zawsze jestem sobą i traktuję wszystkich z szacunkiem.

Nie masz żadnych celebryckich zapędów?

Nie pcham się na ścianki. Jeżeli ktoś mnie zaprosi, to przyjdę. Nie zawsze mam czas, bo ważniejsze jest dla mnie spędzanie go z rodziną, ale kiedy mogę, to staram się pojawiać. Szczerze mówiąc, nie kręci mnie takie życie na tyle, żebym za wszelką cenę chciał pojawiać się na wszystkich eventach.


Twoim nowym przedsięwzięciem jest Klinika Przeszczepu Włosów. Wielu mężczyzn reaguje na pomysł przeszczepiania włosów śmiechem, strachem czy obrzydzeniem. Mógłbyś jakoś odczarować te mity wokół przeszczepów?

Kiedy rozmawiam z ludźmi i mówię im, czym zajmuje się moja klinika, to raczej są tym zaciekawieni. Zauważyłem, że nadal kojarzą oni przeszczep włosów z wycinaniem kawałka skóry z tyłu głowy, co jest dla mnie obrzydliwe. Nigdy bym się czegoś takiego nie podjął i również nikomu bym nie proponował takiego rozwiązania, przede wszystkim dlatego, że po takim zabiegu często są komplikacje.

Jak rozumiem, to są już przestarzałe metody.

Ale do tej pory używane. Ta metoda STRIP polega na wycięciu kawałka skóry, przez co pacjentowi zostaje ogromna blizna z tyłu głowy. Chcąc otworzyć mój biznes, latałem po różnych klinikach w Europie, orientowałem się jak wyglądają różne zabiegi transplantacji włosów. W Londynie spotkałem dyrektora kliniki, który miał robiony przeszczep włosów tą metodą. Powiedział, że po 20 latach od zabiegu do tej pory ma problemy - czasem boli go głowa i nie może spać. Nie wiadomo, jakie nerwy mogą zostać przy takim zabiegu uszkodzone.

U Ciebie to jest na znacznie wyższym poziomie?

Najnowocześniejsza technologia z USA. Automatyczny robot przeszczepia włosek po włosku, nie zostawiając żadnych widocznych blizn na głowie pacjenta. Zabieg jest całkowicie bezpieczny, bezbolesny i co najważniejsze trwały.

Ty jeszcze nie musisz z takiej usługi korzystać…

Najlepsze jest to, że przeszczepianiem włosów zainteresowałem się właśnie ze względu na siebie, bo widziałem ten problem u mojego ojca i dziadka - łysieli androgenowo. Przerzedziły im się włosy i zrobiły się zakola. Przestraszyłem się i stwierdziłem, że już teraz muszę zabezpieczyć się na przyszłość. Szukałem kliniki do współpracy, jednak nie znalazłem nic konkretnego. Z myślą o pobudzeniu włosów testowałem na sobie komórki macierzyste i widzę, że jest efekt tego zabiegu. 

Mógłbyś dokładniej opisać jak to wszystko wygląda w waszej klinice?

Ruszyliśmy z przeszczepami 1 marca. Jako jedyni na Europę Wschodnią posiadamy najnowszego robota do przeszczepiania włosów ARTAS. Nasz jest trzeci w Polsce i pierwszy w Warszawie. Podczas zabiegu podawane jest znieczulenie miejscowe, więc cały zabieg jest bezbolesny. Robot pobiera włosy z tyłu głowy, ponieważ włosy z tego obszaru uodpornione są na DHT - łysienie androgenowe. Efekt przeszczepu jest trwały. Zabieg wykonuje się najczęściej raz w życiu, dlatego warto dobrze się zastanowić nad metodą, jaką będzie wykonany. Automatyczny robot sprawdza każdego włosa przed ekstrakcją 60 razy na sekundę, wybierając te najlepsze do przeszczepu. To znacznie lepsze i skuteczniejsze niż metoda ręczna, kiedy doktor pojedynczo wyciąga i przeszczepia włos po włosku.

Jesteś tam tylko kierownikiem, nie podejmujesz się wykonywania zabiegów?

Nie, nie mam do tego kwalifikacji. Jestem tam tylko prezesem (śmiech). Mamy wykwalifikowany zespół pielęgniarek i lekarzy, trychologów i dermatologów. Nasz zespół wie co robi i jest odpowiednio przeszkolony.

Wspomniałem o Twoim udziale w teledyskach. Jak mógłbyś opisać swój gust muzyczny?

Kiedyś byłem zamknięty tylko na amerykański hip hop, ale z biegiem czasu mi się zmieniło i teraz jestem otwarty na każdy rodzaj muzyki, byleby wpadała w ucho. Może poza jakimś disco polo (śmiech).

Widzę, że masz dwa tatuaże. Czy mają one dla Ciebie jakieś szczególne znaczenie?

Nie, nie mają one głębszego znaczenia. Krzyż mam dlatego, że podoba mi się prostota samego krzyża, a drugi to geometryczna sowa.

Symbol mądrości...

Może mi trochę dodała! (śmiech)

Rozwijająca się kariera modela, własny biznes - cały czas idziesz do przodu. Jak widzisz swoją przyszłość?

Na pewno najważniejsza jest teraz dla mnie klinika. Chcę ją rozwijać, żeby była najlepszą kliniką przeszczepiającą włosy, przynajmniej we Wschodniej Europie, a na pewno w Polsce. Poza tym produkuję swoje buty i projektuję męską biżuterię. Współpracuję z firmą Domeno z Kalwarii Zebrzydowskiej, której twarzą jest Janusz Panasewicz. Zapraszam wszystkich do śledzenia moich mediów społecznościowych, bo dużo się tam dzieje.


Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej na temat Kamila Nizińskiego i jego działalności, zajrzyjcie na jego oficjalną stronę:
https://kamilnizinski.com/
https://www.facebook.com/nizinskikamil/
https://www.instagram.com/kamilnizinski/